31.03.2018

II XXIII - ARE YOU MINE?

Uniosłem rękę i wziąłem dłoń Sakury z mojej szyi, na co przystała z ochotą. Poprowadziłem ją tak, aby objęła mnie w talii. Poczułem jej dotyk na plecach, nawet mimo materiału koszuli. Zacisnęła pięść na mojej skórze, dając mi jasny znak. Bałem się, że jeśli teraz na nią spojrzę, to przepadnę.
Przeszła dwa kroki od przodu, a ja zasłoniłem kotary jednym szybkim ruchem. Zostaliśmy oddzieleni od wszystkiego, co działo się dookoła. Tym razem dosłownie.
Stałem do niej tyłem, kiedy poczułem, jak oplata mnie rękoma w talii. W głowie miałem jednocześnie wszystko i nic. Odwróciłem się, a jej usta odnalazły moje, i mimo, że nie było tu powalającej scenerii, nie miało to znaczenia. Nic prócz niej nie miało teraz znaczenia.
Mimowolnie pchnąłem ją do tyłu. Próbowała złapać równowagę, ale natrafiła na niski stolik, przez co bardziej już nie mogła się cofnąć. Zamruczała cicho, gdy dotknąłem jej uda i uniosłem, aby przywarła do mnie jeszcze bardziej. Kątem oka i strzępkami świadomości wypatrzyłem obok kanapę. Pociągnąłem Sakurę za sobą i usiadłem na oślep, gdy tylko poczułem blokadę w postaci sofy.
Haruno od razu usiadła na moich kolanach przodem do mnie. Wyczułem od niej czerwone wino, gdy wczepiła palce w moje włosy. Tak smakowała - jak wytrawne, cierpkie wino, które jednocześnie przyciągało i odrzucało. Tak jakby powodowało, że nie można było się zdecydować, czy tak właściwie się je lubi, ale po jednym łyku zaprzestanie smakowania stało się niemożliwe.
- Sakura - mruknąłem, chcąc zwrócić jej uwagę.
Oderwała się od moich ust i spojrzała mi prosto w oczy z tak bliska, że stykaliśmy się nosami. Czułem na skórze jej nierówny oddech, w spojrzeniu widziałem pragnienie - takie samo, jakie odbijało się w moich i to spowodowało, że już nie wiedziałem, co chciałem jej powiedzieć.
Wykorzystała to, z powrotem powoli zbliżając się do moich warg. Robiła to subtelnie, wyczekanie, wiedząc, że pozwalam jej prowadzić. Jej palce sięgnęły guzików mojej koszuli. Nie mogąc pozostać biernie, zacząłem delikatnie sunąć dłonią po wewnętrznej stronie jej uda. Z jej ust wyrwało się westchnienie, na chwilę zamknęła oczy. Ta sekunda, gdy próbowała nad sobą zapanować już prawie całkowicie pozbawiła mnie samokontroli. Chciałem widzieć ją taką całe godziny. Widzieć jak mi ulega i robi to z przyjemnością.
Warknąłem, kiedy włożyła mi dłoń pod koszulę i zaznaczyła na plecach paznokciami linię kręgosłupa. Przeszedł mnie dreszcz i tym razem nie zatrzymałem palców jedynie na jej udzie. Momentalnie wygięła się w łuk, jęcząc coś, czego nie zrozumiałem. Zapatrzony w ten obrazek jedynie przyspieszyłem ruchy dłoni, co jasno dało się widzieć po cierpieniu połączonym z przyjemnością, które wykwitło na jej twarzy.
Przełamała się i nachyliła z powrotem w moim kierunku. Jej włosy łaskotały mój policzek, ale jej oczy, mimo że dalekie i zamglone znów wpatrywały się prosto w moje. Próbowała rozpiąć mi spodnie, jednak nie była w stanie teraz nic zrobić. Zbyt bezwładnie poruszała się na moich kolanach, aby choćby zaprotestować.
- Sas…
Kciukiem drugiej dłoni zamknąłem jej usta i przyciągnąłem do siebie. Kiedy złączyłem nasze wargi, jej ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze. Jęczała między pocałunkami, których nie nadążała odwzajemniać, zaciskając ręce w pięść na moim ramieniu.
W końcu położyła się bezwiednie na mojej klatce piersiowej, próbując uspokoić oddech. Cofnąłem dłoń, na co cicho westchnęła. Drugą położyłem na jej karku, masując go lekko. Oparłem się i odchyliłem głowę do tyłu. Nad sobą samym też próbowałem zapanować co na szczęście z każdą kolejną sekundą było coraz prostsze mimo myśli, które tabunami przelatywały przez moją głowę na temat tego co mógłbym z nią zrobić. I co zamierzałem, jeszcze tej nocy.
Nie otwierając oczu poczułem, jak Sakura się rusza, a dokładniej jak jej palce zmierzają ku moim spodniom.
- Nie tutaj - mruknąłem, co w efekcie wyszło dość chłodno. - Nie chcę nawet myśleć, że ktoś mógłby zobaczyć cię tu na kolanach - dodałem, choć nadal nie brzmiało to jak troska, która wręcz wylewała się ze mnie w nadmiernych ilościach.
Sakura uniosła się i spojrzała mi w oczy z lekką rezerwą.
- Po prostu znajdę lepsze miejsce - powiedziałem cicho i ścisnąłem jej pośladek, chcąc podkreślić, że nie żartuję. Spięła się, ale tylko na moment. Po chwili znów opierała brodę o mój obojczyk, próbując uspokoić wciąż w jakimś stopniu rozszalałe ciało.
Sam też się rozluźniłem, myśląc nad czymś sensownym do powiedzenia. W końcu musiałem się odezwać, lecz na jaki temat i jakimi słowami nadal pozostawało tajemnicą.
- Miałam nadzieję, że cię tu znajdę. - Usłyszałem tuż przy uchu, gdy Sakura wygodniej się we mnie wtuliła. Wyraźnie czuła się odprężona i spokojna, co, nie ukrywam, trochę mnie uspokoiło.
- Nie sądziłem z początku, że przyszłaś tu intencjonalnie.
- A ja do teraz się dziwię, że to zrobiłam.
Zaplotłem dłonie na jej plecach, przyciągając do siebie.
- Cóż. Jesteś bez bielizny i byłbym raczej średnio zadowolony, jakbyś przyszła tu dla kogoś innego.
Parsknęła cicho pod nosem, a jej ciepły oddech owiał skórę na mojej szyi.
- Tak, ja raczej też.
- Raczej?
- Cieszę się, że przyszłam. Nie psuj tego.
Zamilkłem, pozwalając jej jedynie leżeć w moich ramionach. Wreszcie.
- Nie wiem tylko, czy dobrze zrobiłam - mruknęła z przekąsem.
- Ja mam ci odpowiedzieć na to pytanie? Jest mocno retoryczne.
- Może spytałam, chcąc usłyszeć twoje potwierdzenie - powiedziała, znów jakby do siebie. - Przekonanie swojego sumienia to ciężka rzecz.
- Jestem problemem dla twojego sumienia, tak?
Zabrałem jedną dłoń z jej pleców i położyłem na głowie, bawiąc się jej włosami. Długie lśniące kosmyki gładko przemykały mi przez palce.
- Obiecałam sobie, że do ciebie nie wrócę.
- Nigdy?
- Nigdy.
Westchnęła ciężko, ale nie zeszła ze mnie. Po prostu siedzieliśmy w tej pozycji, próbując się uspokoić. Starałem się znaleźć racjonalne argumenty, które mogłyby zmienić jej zdanie, ale nie wypowiedziałem ani jednego. Bo nie było ani jednego.
- Skoro tak, to co tutaj robisz? - zapytałem cicho wprost do jej ucha. Mimo że nie widziałem teraz jej miny, doskonale wiedziałem, jak ona wyglądała.
- Tęskniłam za tobą.
Zaprzestałem gładzenia jej karku. Chciałem unieść jej brodę, aby spojrzała mi w oczy, ale zaparła się, przyciskając policzek do mojej klatki piersiowej.
- Nikt w życiu nie zrobił mi tyle złego co ty, Sasuke.
- Wiem.
- Przez dwa lata nienawidziłam cię z całego serca. Byłam matką, która nie kochała własnego dziecka, bo było tak podobne do ciebie.
Zesztywniała. Nie było juz mowy o jakimkolwiek rozluźnieniu, czy swobodnej rozmowie. Ja za to milczałem, nie chcąc jej przerywać.
- Gdyby nie Lorcan, Sarada nigdy nie wiedziałaby, kto jest jej ojcem, a nawet gdyby wiedziała, nienawidziłaby cię tak jak ja. - Wzięła głębszy oddech. Wciąż miała pięść zaciśniętą na mojej koszuli, którą właśnie lekko pociągnęła do siebie. - Nie wiem, jakim cudem się z tego wyleczyłam.
- Ze mnie czy z nienawiści? - spytałem szybko, dopiero po czasie orientując się, że powiedziałem to na głos.
- Nigdy nie byłam w stanie do końca o tobie zapomnieć. Nie ważne czy byłam pijana, naćpana czy bliska śmierci.
Czyli Lorcan naprawdę nie kłamał. Nie chciałem w to wierzyć, ale gdy ona sama potwierdziła to, że próbowała się zabić zabolało podwójnie. Nie miałem pojęcia co jej powiedzieć. Jedyne co przyszło mi do głowy, to mocniejsze przyciągnięcie jej do siebie. Oparłem policzek o jej skroń i czekałem aż znów się odezwie.
- Czas mijał, a ja nadal nie umiałam się odnaleźć. Kirito był przy nas od samego początku i bardzo wiele mu zawdzięczam. On… on jest wszystkim czego powinnam chcieć. On, nie ty.
Chyba wolałbym, żeby mnie pobiła, tym samym szczędząc mi tych słów. Ból fizyczny mogłem znieść, lecz z tym psychicznym nie umiałem sobie poradzić.
- To on nigdy mnie nie zawiódł, on był przy mnie, gdy znowu sięgałam dna, on pilnował Sarady, kiedy ja byłam w takiej depresji, że nie mogłam znaleźć w sobie siły, żeby wstać z łóżka. To on wychował twoją córkę.
Wiedziałem, że nadejdzie ten moment, kiedy Sakura się przede mną otworzy i powie wszystko, co ominęło mnie przez ostatnie pięć lat. Nie wiedziałem tylko, że będzie to tak bolało.
- Przez bardzo długi czas niczego ode mnie nie oczekiwał. Po prostu był, opiekował się, dbał. Nie mogłam mu nic zarzucić, ale nie zdziwiłam się, gdy w końcu pękł. W gruncie rzeczy tylko czekałam aż to się stanie - zaczęła mówić coraz ciszej. Gwar za kotarą nie zmalał, przez co musiałem jeszcze bardziej wyczulić słuch. - On mnie kochał przez cały ten czas, nadal kocha. - Przyjąłem to z milczeniem, w głowie miałem za dużo żalu, aby się odezwać. - Mimo, że ciągle leczyłam się po tym co zrobił mi inny mężczyzna. Mimo że najwyraźniej moje uczucia do niego były tak silne, iż nie pozwalały mi normalnie funkcjonować. Znosił to ze świadomością, że był mnie tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Ja… nie wiedziałam co robić. Znaczy, wiedziałam, a potem wróciłeś.
- Przepraszam - odparłem cicho, starając się panować nad emocjami.
- Za? - spytała i wyprostowała się, ale ja nie miałem odwagi spojrzeć jej w oczy. Wbiłem więc spojrzenie w swoje spodnie.
- Nie powinienem wracać. Ja… nie wiedziałem, że zrobiłem ci tak wielką krzywdę. Nie chciałem, to wszystko miało być inaczej. To mnie przerosło, nie umiałe…
Poczułem jak bierze moją twarz w dłonie i unosi tak, aby nasze oczy były na jednej wysokości. Mimo to, nie mogłem wyjść na spotkanie jej spojrzeniu. Było pewnie zaszklone, pełne urazy i co gorsza zawiedzione, a ja już nie chciałem patrzeć na kolejną osobę, której oczekiwaniom nie sprostałem.
- Sasuke - szepnęła, gładząc kciukiem mój policzek. - Proszę.
Powoli, robiłem to bardzo powoli. Przenosiłem spojrzenie z własnych spodni, na jej udo, potem sukienkę, dekolt, szyję i usta. I tam się zatrzymałem.
Poczułem jak delikatnie chwyta palcami moją brodę, jakby naprawdę była zdeterminowana.
- Jest tyle rzeczy, które chciałbym ci powiedzieć. Tyle rzeczy, które chciałbym ci dać - zamilkłem na chwilę, próbując się skoncentrować. - Masz rację, powinnaś być z Kirito. To on, a nie ja powinien być dla ciebie ważny. Teraz nie mam nic do ofiarowania. Po prostu… nic nie mam. Nawet jeśli ci to obiecam, to boję się, że nie uwierzysz.
- Też nie wiem, co robić. - Zmarszczyła brwi, uciekając wzrokiem. Dlatego też wreszcie odważyłem się spojrzeć jej w twarz. - Ja już poświęciłam ci chyba coś więcej niż własne życie i drugi raz już nie będę w stanie.
Nie mogłem jej za to winić. Pierwszy raz tak bardzo czułem, że na nią nie zasługuję. Nie, żeby pierwszy raz przechodziło mi to przez głowę, ale do teraz nigdy nie odczułem tego tak mocno.
- A co jeśli ci powiem, że przez cały ten czas kochałem cię tak mocno, jak ty mnie nienawidziłaś?
- To raczej niemożliwe.- Uśmiechnęła się smutno, z żalem.
- Możliwe. Udowodnię ci to - powiedziałem pod wpływem impulsu, choć nie wiedziałem co dokładnie miały za sobą nieść te słowa.
- Możesz próbować - odparła, starając się nie brzmieć zobowiązująco.  
- Znajdę pracę, wynajmę mieszkanie. Przeprowadzimy się tam. Sarada będzie miała blisko do szkoły. Nie będziemy mieli problemu, żeby ją odbierać i…
- Sasuke.
- Mówię ci. Zresztą mam jeszcze pieniądze na koncie. Będą na start mojego warsztatu. Rozkręcę biznes, niczego nie będzie ci brakować i…
- Sasuke - powiedziała tym razem dobitniej. - Może zapomniałeś, ale nadal jestem narzeczoną Kirito.
Momentalnie zrobiło mi się gorąco. Ze złości, żalu. Bardziej złości.
- I nie przeszkadza ci to w siedzeniu teraz na moich kolanach.
Zmrużyła oczy, próbując zatuszować urazę. Od razu jednak chciała odepchnąć się od moich ramion i wstać. Nie pozwoliłem jej na to. Trzymałem ją mocno w biodrach.
- Puszczaj mnie.
- Nie.
- Puść!
Ale ja nadal ją trzymałem. Z racji, że wciąż byliśmy oboje lekko wstawieni, jedyne co przyszło jej do głowy, to seria uderzeń wymierzona w mój tors. Ani jej się nie dziwiłem, ani nie miałem pretensji. Miała do tego prawo. Wróciłem bez pytania do jej życia, które wyglądało jak wyglądało z mojego powodu i jeszcze miałem czelność ją krytykować. Nie powinienem mieć.
- Przepraszam.
Uspokoiła się na to słowo. W jej oczach wciąż czaiła się nieufność, ale przestała mnie okładać.
- Dla mnie to wszystko też jest nowe. Sarada, rodzina. Ja też się w tym gubię, Sakura. - Westchnąłem krótko, próbując zebrać myśli. - Chcę być takim, jakim chciałabyś, żebym był, ale potrzebuję poszlak, czasu i twojej cierpliwości, bo robię to tylko dla ciebie i Sarady. Jesteś tym co trzymało mnie w pierdlu przy zdrowych zmysłach. Świadomość, że wyjdę i będę mógł cię zobaczyć. Co prawda nie zakładałem wtedy, że mam córkę - zaśmiałem się cicho, chcąc stracić trochę powagi. - Ale gdy już otrząsnąłem się z szoku zrozumiałem, że to po prostu prezent. Do tego najlepszy, jaki mógł mi się trafić i…
Poczułem jej usta na swoich. Najpierw zareagowałem zdziwieniem, ponieważ gdy do niej mówiłem wciąż spoglądałem w dół, lecz kiedy pocałowała mnie ponownie poczułem ulgę. Ulgę, że może zaufa mi ten ostatni raz, a ja będę w stanie to docenić.
- Nie wiem co robić - odszepnęła z wargami przyciśniętymi do mojego policzka. - Po prostu dziś bądźmy ze sobą i dla siebie, dobrze? Nie zadręczajmy się jutrem. Tylko ty i ja.
Bezwiednie skinąłem głową.
- Chcesz stąd wyjść? - mruknąłem, delikatnie muskając jej talię, na co uśmiechnęła się subtelnie, wcielając nasz plan w życie.
- Tak.
Wstałem z nią na rękach, po czym postawiłem ją na ziemi. Szybko poprawiła sukienkę i odrzuciła włosy na plecy. Wciąż miała lekko zaczerwienione policzki, lecz na spokojnie można było to zrzucić na wypity alkohol oraz tłum w barze. Dopóki nie odwróciła się moją stronę nie zorientowałem się, że zastygłem w jednej pozycji. Poczułem jednak ulgę, gdy bezwiednie poprawiła moje włosy i kołnierzyk koszuli. Przyszło jej to naturalnie, jak kiedyś.
- Zbierajmy się już - mruknęła i pociągnęła mnie za rękę.
Gdy Sakura rozsunęła kotarę uderzył we mnie zaduch i jeszcze głośniejszy gwar pomieszczenia. Skupiło się na nas kilka spojrzeń przypadkowych ludzi, ale na szczęście nic poza tym, dzięki czemu bezproblemowo znaleźliśmy się przy barze.
- Muszę znaleźć Tay. - Sakura rozglądała się nerwowo dookoła.
- A ja Raydera. Spotkamy się za pięć minut przy wyjściu?
Potaknęła.
-To jesteśmy umówieni, Haruno. - Pochyliłem się i pocałowałem ją w policzek. Nie miałem jednak czasu, aby zobaczyć jej reakcję, bo ktoś pociągnął mnie za ramię.
- Sasuke?
Odwróciłem się, i widząc Kaori westchnąłem.
- Tak?
- Widziałeś go gdzieś? Szukam go od dziesięciu minut. - Dziewczyna wyglądała na niespokojną. Przygrywała policzek od wewnętrznej strony i pocierała dłonie.
- Nie, właśnie miałem zamiar zacząć się za nim rozglądać.
- Obawiam się, że będziemy musieli go odwieźć do domu i położyć do łóżka. - Przeklęła pod nosem, ale już nie wyłapałem co dokładnie. - Jeśli będzie tak jak myślę, to wstaniemy rano, a pół mieszkania będzie zarzygane.
- Mówił, że nie rzyga po alkoholu - powiedziałem powoli, ale ona od razu przewróciła oczami. - No tak. I nigdy nie siedział, a spowiada się co niedzielę. Uchiha, gdzie ty masz oczy.
- Jeszcze na swoim miejscu.
Dziewczyna tupała nierówno nogą w posadzkę, najwyraźniej próbując się uspokoić.
- Serio musimy go znaleźć, bo będziemy mieli nieprzyjemną pobudkę.
Odwróciłem się, słysząc chrząknięcie. Zdumiony patrzyłem na Sakurę, jakby przez moment zapominając o jej istnieniu.
- Gdy tylko znajdziemy Raydera przyjdę pod wejście. - Lekko ścisnąłem jej ramię i ruszyłem za Kaori w stronę toalet.
Haruno chyba była trochę zszokowana, lecz nic nie mogłem na to poradzić.
- Kiedy straciłaś go z oczu? - spytałem Kaori, która zdzieliła właśnie z bara gościa dwa razy większego od niej. Był on jednak już na tyle pijany, że mu to nie przeszkadzało.
- Jakieś piętnaście minut temu.
Miałem szczerą nadzieję, że będzie leżał przytulony do muszli i na tym poszukiwania się zakończą. Ale nie zakończyły, bo obie kabiny były puste.
- Szlag by to - warknąłem, trzaskając drzwiami.
- Co? Jest tam? - Kaori już chciała się przepychać, ale odsunąłem ją jednym szybkim ruchem.
- Nie.
- Zabiję go - syknęła i wróciła na salę.
Z racji, że zniknęła mi z oczu miałem tylko jeden pomysł. Na szczęście Kiba ciągle był w tym samym miejscu, więc nie musiałem go długo szukać. Gdy dopchałem się do baru, chłopak właśnie polerował szkło i spojrzał na mnie, kiedy pojawiłem się w zasięgu jego wzroku.
- Szukam kolegi. Pił tu ze mną wcześniej.
Kiba zmarszczył brwi.
- Wydaje mi się, że widziałem jak wychodzi z jakąś blondynką, ale nic sobie nie dam za to uciąć.
- Ktoś ci nawiał, Uchiha? - Obróciłem się w prawo, a widząc Tayuyę siedzącą na stoliku barowym obok westchnąłem.
- Kumpel.
- Mówiłam ci,że masz dać jej spokój - powiedziała poważnie, wyraźnie chcąc, abym patrzył jej w oczy.
- Mówiłem ci, że nie mogę.
Oderwałem się od lady i spojrzałem w stronę wyjścia, gdzie Sakura stała oparta o framugę.
- Wiem, że z tobą wychodzi - Tay znów się odezwała, a wiedziała, że usłyszałem nawet jeśli tego po sobie nie pokazałem. - Ostrzegałam ją, ale nic do niej nie trafia. Jeśli zrobisz jej krzywdę tym razem nie puszczę ci tego płazem.
Kiba stał za ladą, ale wyglądał jakby podzielał każde słowo dziewczyny i był w stanie w dowolnym momencie się za nią wstawić, mimo że pozostawał w cieniu.
Poczułem w kieszeni wibracje telefonu. Kaori z telefonu Raydera napisała, że usnął oparty o swój samochód i, że da sobie radę sama. Byłem wniebowzięty.
Bez słowa ruszyłem przez tłum. Im bardziej zbliżałem się do Sakury tym bardziej widziałem, że z kimś rozmawia. Z jakimś facetem do którego się uśmiecha, a ja go nie znam.
- Tak, mi też jest bardzo miło - powiedziała do mężczyzny, który posłał jej krótki uśmiech, choć dla mnie równie dobrze mógł go sobie wsadzić w dupę.
Nie zauważyła, gdy stanąłem obok. Dopiero lekkie chrząknięcie spowodowało, że zarejestrowała moje przyjście.
- O, jesteś już. Chodźmy. - Omiotła spojrzeniem moją sylwetkę. - Miło było poznać. - rzuciła do faceta, który na mój widok wyraźnie oklapł i uraczył ją tylko skinieniem głowy, zanim wtopił się w tłum.
Sakura bez słowa otworzyła drzwi i wyszła na dwór. Stanęła na chodniku przodem do ulicy, nie zaszczycając mnie spojrzeniem.
- Kim był ten mężczyzna? - spytałem, starając się nie brzmieć oskarżycielsko.
- A ta kobieta?
- Jaka kobieta? - Zmarszczyłem brwi, ale ona prychnęła cicho.
- Ta od wstawania rano razem, pójścia “do domu", od…
- Sakura.
- No co? - Odwróciła się do mnie wyraźnie zdystansowana. - Nawet nie wiem czy chce słuchać twoich tłumaczeń.
- To siostra Raydera. - Uniosła brew, jakby to jej nie przekonywało. - Przyleciała dziś rano, mieszka u Raydera w pokoju. Wróciła tu do roboty na okres próbny po kilku latach i po prostu szukała brata. Ma na imię Kaori.
- Chwila - powiedziała ostro, a ja już wiedziałem, że łączyła fakty.
- Tak, to ta od Kiby i Tayuyi.
- Jak ja ją zaraz… - warknęła i chciała wracać do środka, ale ją uprzedziłem i objąłem w pasie, nie pozwalając na to.
- Spokojnie - sarknąłem, próbując się nie zaśmiać. Wyglądała jak piszący york próbujący powalić dobermana.
- Co spokojnie? Już rozwaliła związek Tay, jeszcze tego, żeby rozwaliła m…
Zamilkła. I zeszywniala.
- Żeby rozwaliła twój co? - spytałem, łapiąc ją na gorącym uczynku.
- Ugh, puść mnie po prostu. - Zacisnęła usta i nadęła policzki, a ja już wiedziałem, że ten temat mamy za sobą.
- Chcesz jechać do jakiegoś konkretnego miejsca?
Pokręciła głową.
- Zdaję się na ciebie.
Fantastycznie. Uwielbiam to kobiece wyjście: no wymyśl coś, w końcu jesteś mężczyzną, zabłyśnij. A, i moje ulubione: zaskocz mnie.
- Daj mi chwilę.
To za co ceniłem moją siostrę, to prawie natychmiastowe odpowiadanie na smsy. Dlatego też wiadomość zwrotna od niej przyszła prawie od razu.
- Nie możemy pojechać do mnie, Kirito na pewno już tam czeka - mruknąłem. Posmutniała na chwilę, lecz potrząsnęła głową, jakby nakazując sobie spokój. - Ale Dyara pozwoliła nam wpaść do siebie, bo wyjechała na jakieś służbowe szkolenie. Klucze i tak zawsze zostawia w portierni.
- A więc tak zróbmy.
Wzięliśmy taksówkę. Podróż minęła nam w milczeniu. Jedyne co słyszałem to szum silnika i jej oddech, urywany, nierówny.
Zatrzymaliśmy się w końcu pod apartamentowcem Dyary. Sakura ścisnęła mnie za dłoń i spojrzała z wahaniem w oczy.
- Do niczego cię nie zmuszam - powiedziałem cicho.
- Wiem.
Zapłacenie taksówkarzowi, odebranie kluczy i podejście pod próg mieszkania było tylko kwestią czasu. Sakura położyła mi dłoń na plecach, a w ciemności dopiero za trzecim razem udało mi się wycelować kluczem w zamek. Jednak gdy tylko weszliśmy do środka, zapaliłem światło. W przeciągu sekundy Haruno je zgasiła i zamknęła drzwi. Stała przede mną, skupiając na mnie całą swoją uwagę. Światło księżyca przechodziło  przez przeszklone ściany, odbijało się od posadzki i wreszcie od jej oczu, które zdawały się błyszczeć od nadmiaru emocji.
Powoli opuściła jedno ramiączko sukienki, potem drugie. Przełknąłem ślinę, wiedząc jak to się skończy.
Gdy sukienka w całości spadła na ziemię, odsłaniając jej ciało, nie potrafiłem dalej grać opanowanego. Przycisnąłem ją do ściany za jej plecami, a ona jęknęła cicho i wczepiła palce w moje barki. Przyciągnęła mnie mocniej do siebie, po czym obróciła się, aby iść tyłem w głąb mieszkania. Zaczęła rozpinać moją koszulę, i mnie po chwili pozbawiając ubrania.
Z sekundy na sekundę coraz bardziej wyłączałem myślenie, bo jedyne na czym potrafiłam się skoncentrować to ona. Była wszystkim co czułem i widziałem.
Już zawsze.


Budzenie się nie należy do przyjemnych czynności. Przez ostatnie lata nie miałem perspektyw na kolejny dzień. Na to, jak mogłem go spędzić, gdzie pojechać czy co zrobić. Każdy z nich ograniczał się do posiłków, roboty w więziennym warsztacie i czasem wyjściu na boisko. Początki były wypełnione jeszcze konfliktami z innymi, przez które często miałem podbite oko, a raz nawet wstrząs mózgu. Każdy dzień wyglądał tak samo, co powodowało, że moja motywacja aby chociaż go przeżyć była minimalna. Nie sięgała zera tylko z jednego powodu, który właśnie leżał obok mnie i wtulał się dokładnie tak jak to zapamiętałem.
Lata marzyłem o takich chwilach. Może brzmiało to sztampowo i prozaicznie, ale po zamknięciu z samymi mężczyznami naładowanymi testosteronem i agresją, kobiety jawiły się nam niczym wybawienie. Inną kwestią był fakt, że nasze wyobrażenia je idealizowały, ale tylko to pozwalało mi przetrwać. Rayder miał podobne odczucia, choć jemu kobiety nie służyły do miłości. Choć zwał jak zwał…
Sakura poruszyła się, przekręcając na plecy. Mruknęła przy tym coś niezrozumiałego i, chcąc zdjąć sobie włosy z twarzy uderzyła się otwartą dłonią w nos. Potem było już tylko syknięcie zirytowania i szeroko otwarte zielone oczy, w których odbijało się zaskoczenie zmieszane ze złością.
- No co ty robisz? - warknęła zaspana i podniosła się na łokcie. Teraz już zmrużyła powieki, przez co wyglądała tylko śmieszniej. Uniosłem brew, lecz jedynie bardziej ją to rozeźliło. - Ja wiem, że romantyzm to nie jest twoja mocna strona, ale chociaż trochę mógłbyś sp…
- Sakura.
- Spróbować zachować pozory i…
- Sakura.
- No co? - Spojrzała na mnie, próbując zabić wzrokiem.
- Ale ty się sama znokoutowałaś.
- Że co proszę?
- Autoknockout sobie zrobiłaś.
Widziałem jak poziom jej porannego i bezpodstawnego zdenerwowania drastycznie skacze. Jak nadyma lekko policzki i zaciska zęby, przez moment nie wiedząc co odpowiedzieć.
- No to jest już poniżej wszelkiej krytyki Sas…
Naprawdę chciałem, żeby przestała gadać. Sam nie byłem jeszcze rozbudzony na tyle, aby się z nią kłócić. Ona też dopiero co wstała, lecz najwyraźniej takie dyskusje od razu po otwarciu oczu po całej nocy były dla niej normą. Dla mnie jednak nie, więc przyciągnąłem ją do siebie tak, że przylegała do mojego boku, leżąc policzkiem na mojej klatce piersiowej.
Na chwilę Sakura zamarła, co wykorzystałem, żeby nas przykryć i ją objąć, mając nadzieję, że nie zacznie znowu mówić. Naprawdę nie sądziłem, że to zadziała, ale gdy rozluźniła się w moich ramionach i wzięła głęboki oddech czułem się wyzwolony. Co więcej, jakbym pobił ostatniego bossa na hardzie.
Leżeliśmy tak już kilkanaście sekund, a ja byłem coraz bardziej podejrzliwy.
- Już wiem, że się sama uderzyłam - burknęła cicho, a tym razem na siebie. - Przypomniałam sobie.
- To fantastycznie - parsknąłem i objąłem ją mocniej.
- Jak bardzo zepsułam ten poranek? - Przybicie w jej głosie prawie mnie wzruszyło.
- Nie tak bardzo, żeby nie dało się tego naprawić - mruknąłem, próbując zachować absolutny spokój, bo jej włosy znajdowały się chyba w całości na mojej twarzy, a ja z całej siły próbowałem nie kichnąć.
- Emmm, wiesz, wolę w nocy i…
- Czy ja powiedziałem coś o seksie?
Nie, żebym nie miał na niego ochoty. Gdy tylko byłem w pobliżu tej kobiety automatycznie mi się to załączało, ale konkretnie w tym momencie było idealnie tak jak było.
-Więc o czym?
I teraz coś w środku mnie przyblokowało. Chciałem powiedzieć jej słowa, o których bałem się pomyśleć, ale nagle jakby zabrakło mi głosu. Przed wyjściem z więzienia musiałem przejść kilka sesji z psychologiem, jak każdy. Jedyne co zapamiętałem z czczego gadania tego faceta to fakt, że nie jestem zbytnio wylewny, a skoro chcę stworzyć trwały, zdrowy związek to muszę to zmienić. Brzmiało to dla mnie - i brzmi nadal - jak jedno z największych wyzwań w moim życiu, więc nie dziwota, że nie rwałem się do tego tak już od razu.
Bo co miałem ją powiedzieć? Że po prostu chcę, żeby ktoś mnie kochał? Nie, zbyt pedalsko. Chcę, żeby konkretnie ona mnie kochała. Ale nadal to takie, takie uwłaczające.
- Sasuke? - mruknęła i uszczypnęła mnie w ramię. - Co miałeś na myśli?
- Nie gadaj tyle, tylko mnie przytul.
No i to by było na tyle, w kwestii warsztatu nad moją wylewnością.
Spanikowałem.
Ona chyba jednak odczytała to, co bardzo bardzo dobrze ukryłem między słowami, bo ochoczo się we mnie wtuliła. Poczułem na skórze, jak jej usta wyginają się w uśmiechu.
- Co się tak cieszysz? - spytałem, za późno się orientując, że brzmiało to jak wyrzut. - Nie, nie tak chciałem to powiedzieć. Ty wiesz i tak co chciałem powiedzieć, no bo przecież nie to.
Zaplątałem się jak dziecko, aby w końcu zamilknąć bez żadnego sensu.
- Bardzo się cieszę Sakura, że dałaś mi szansę. Jesteś dla mnie wszystkim i budzenie się przy tobie jest spełnieniem moich marzeń oraz wizją przyszłości, dla której zrobię wszystko. Będę kochał ciebie i naszą córkę do końca świata i jeszcze dłużej i już nigdy cię nie zranię i zawsze nasze dobro będzie na pierwszym miejscu, bo cię kocham.
W momencie, gdy Sakura skończyła mówić, jako ja bym miał to powiedzieć, znieruchomiałam. Podobało mi się to, choć… Przedrzeźniała mnie, może wcale nie miała na myśli tego, że mnie kocha.
Bo ja bym chciał, żeby mnie kochała.
- Ech, Uchiha. Jesteś beznadziejny - westchnęła i przymknęła oczy. - Ty nie umiesz w życie.
- Umiem - odparłem od razu, co ona szybko wykorzystała.
- O, możesz mówić. Niewiarygodne.
- Cicho, przecież masz rację - mruknąłem, mając nadzieję, że pozostanie w tej samej pozycji, której było mi tak cholernie wygodnie, ale ona uniosła się spoglądając mi prosto w oczy.
- No ty sobie chyba kpisz.
- Nie.
No w sumie mogła być zła. Bo to tak, jakby właśnie sama wyznała sobie miłość.
- Chcę się tobą nacieszyć, proszę. Tęskniłem za tobą, po prostu pozwól mi się przytulić. Nie wiem, kiedy będę miał najbliższą okazję.
- Ale pamiętasz, że ja też tu jestem i nie możesz traktować mnie jak małego zwierzątka, które karmisz i wyciągasz z klatki, gdy masz ochotę.
- Jestem tu tylko dlatego, że ty tu jesteś - odparłem powoli. - I tak już będzie. Tak zdecydowałem.
- W takim razie jutro jadę na Haiti.
- Daj mi chwilę, wyczarteruje nam samolot i…
- Uchiha wybacz, ale nie masz już swojego samolotu.
- Faktycznie - syknąłem. Udałem, że się zapędzam z przyzwyczajenia. - Ale będę miał.
- O doprawdy? - Spojrzała na mnie spod wpół zmrużonych powiek oraz z uśmiechem, który był dla mnie jak słońce.
- Doprawdy.- Podciągnąłem ją do góry tak, abyśmy mieli twarze na jednej wysokości. Leżała na mojej piersi, jej włosy znów opadły mi na oczy. Wpatrywała się we mnie z zaciekawieniem. - Jeśli będziesz chciała samolot, to kupię ci samolot.
- W takim razie chcę wyspę.
- Dobrze, więc kupię ci wyspę.
- Tak, chyba kuchenną, na łączeniu z salonem. - Uniosła kącik ust, naśmiewając się. Przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem powoli, na co przystała bez protestów. Myślałam, że to wystarczy, aby się zamknęła, lecz się przeliczyłem. - A co do samolotu, to proponuję najpierw zacząć od samochodu i… - Znów przymknąłem jej usta pocałunkiem. Rozluźniła się i wplotła jedną rękę w moje włosy. Uwielbiałem, gdy to robiła. Nasze ruchy były leniwe, pełnię spokoju, któremu udało się między nami wkraść choć na chwilę. Świadomość, że ten poranek kiedyś się skończy - prędzej niż później - napawał mnie smutkiem.
- Wiesz, że musimy poważnie porozmawiać? - spytałem, wiedząc, że cała lekkość uleci z nas w przeciągu sekundy.
Zgodnie z moimi przewidywaniami Sakura lekko się spięła. Leżała pode mną, a ja unosząc się na łokciach doskonale widziałem jej twarz jak i wszystkie emocje, które się na niej pojawiały niczym w kalejdoskopie.
- Wiem, ale nie chcę - odparła cicho i zmarszczyła brwi.
- Ja też nie chcę.
Uniosła wzrok i spojrzała mi w oczy. Nie wiedziałem co w nich dostrzegła, ale chyba w jakimś stopniu ją to usatysfakcjonowało, ponieważ westchnęła cicho i uniosła dłoń, delikatnie pocierając dłonią mój policzek. Przyglądała mi się w zamyśleniu. Lekko zacisnęła usta i po prostu przez kilka sekund, w ciszy dotykała mojej skóry. Miałem nadzieję, że nie po to, żeby mi zaraz powiedzieć, iż chciałaby mnie jak najlepiej zapamiętać, ponieważ musi za chwilę wyjebać mnie ze swojego życia na zbity pysk.
- Najpierw muszę porozmawiać z Kirito, wytłumaczyć mu parę spraw.
- Może powinniśmy zrobić to razem?
Od razu potrząsnęła przecząco głową.  
- Nie, on… Jemu należy się wytłumaczenie tylko ode mnie. To ja jestem tą złą tutaj, nie ty.
Słowa, które wypowiadała sprawiały jej ból. Widziałem go gołym okiem. Znów będę wzbogacał się na czyimś nieszczęściu. Czy pieniężnie czy uczuciowo, wciąż będę musiał kogoś zniszczyć, żeby samemu się spełnić. Na samą myśl robiło mi się nie dobrze, ale potem przypominałem sobie, że już nigdy mógłbym nie zobaczyć Sakury czy Sarady i moje wyrzuty sumienia zniknęły w ułamku sekundy.
- Nie wiem, co mu powiedzieć - szepnęła i odchyliła głowę. Przesunąłem się i położyłem się obok, aby mieć widok na jej twarz. Ułożyłem się wygodniej, kładąc rękę pod głową i czekałem, aż znów zacznie mówić. - On naprawdę ciągle czeka, aż się w nim zakocham.
- Widzę.
Nie powinienem się odzywać. Z pewnością nie pomagało jej to się przemóc i przyznać do pewnych rzeczy, ale najpierw to pomyślałem, a dopiero potem pomyślałem, że to zły pomysł. Obiecałem sobie już jej nie przerywać i robiłem to naprawdę z dużym zapałem.
- Po prostu jeśli z nim zostanę to uszczęśliwię tylko jego. Jeśli odejdę, to uszczęśliwię nas, choć to też takie szczęście budowane na czyimś nieszczęściu. - Gorzkie myśli przemknęły mi przez umysł. Jeszcze chwilę temu byłem gotów wyznać jej to samo. - On kocha Saradę jak swoją córkę. Wychował ją, zrobił to naprawdę dobrze. - Widzę, miałem ochotę mruknąć, ale jak na razie hardo trzymałem się swojego postanowienia milczenia, choć w środku mnie kotłowały się uczucia, które będą musiały niedługo znaleźć ujście. - To tak jakbym ze sobą zabrała mu cały świat. - Zacisnęła wargi i spojrzała mi w oczy. - Tak mi powiedział, dokładnie w ten sposób.
Chciałem jej wykrzyczeć prosto w twarz, że skoro nie była z nim szczęśliwa, mimo że nie był dla niej zły, to powinna się zastanowić nad tym czego sama pragnie, o czym marzy, ale… Nie mogłem powiedzieć jej żadnej z tych rzeczy. Nie miałem prawa narzucać jej swojego zdania. Kiedyś zrobiłbym to bez wahania, nawet bym się nie zastanowił nad głośnym wyperswazowaniem Sakurze poglądu na temat jej życia. Ale teraz już miałem świadomość, że nie mogę, że nie jestem odpowiednią osobą, aby to zrobić.
Odruchowo pomyślałem o Lorcanie. Znałem jego wgląd w sprawę, opinię. Z jakiegoś powodu ufałem mu na tyle, żeby poprosić go o pomoc. Dla Sakury był przyjacielem, który zamiast mnie przeszedł z nią najcięższe momenty. Zresztą razem z Kirito. Skoro jeden z nich odpadał na starcie, pozostawał mi tylko Lorcan.
- Chciałbym powiedzieć, żebyś z nim została, bo wiem, jak bardzo go to ruszy mimo tego, że się zmienił, ale jestem samolubny i nie mogę - powiedziałem zdziwiony, że te słowa wychodzą z moich ust. Gdy wziąłem oddech i wiedziałem, że właśnie nadchodzą kolejne, miałem ochotę uciec. - Już raz pozwoliłem ci odejść. Teraz mam pewność, że wcale nie chcesz mnie pozostwiać, że możemy… stworzyć rodzinę. Tyle mi wystarczy, zrobię dla ciebie wszystko.
Uniosłem spojrzenie i napotkałem wpatrzone w moją twarz oczy Sakury, które nim się zorientowałem zaszkliły się, wyglądając jeszcze piękniej niż zwykle. Haruno uniosła się i objęła mnie za szyję, mocno przylegając swoim ciałem do mojego. Zwinęła się w kłębek przez co sprawiała wrażenie jeszcze drobniejszej niż była.
Poczułem jak jej łzy kapią na moją szyję. Zastygłem, nieprzygotowany na taki obrót spraw: ani na swój monolog, ani na jej reakcję, przez co chyba sprawiałem wrażenie, jakbym nie rozumiał emocji, które nią targają. A rozumiałem. Miałem wrażenie, że najlepiej w swoim życiu.
- Powoli zaczynam przyswajać decyzję, którą właśnie podejmuję, ale to nie jest takie łatwe – szepnęła, wciskając twarz w moje ramię. – Teraz jeszcze ciągnę za sobą Saradę i… i tak naprawdę nie mam czasu się nad niczym zastanowić. Nie mogę mieszkać z Kirito i spotykać się z tobą, a jak już się od niego wyprowadzę, nie będę mogła wrócić.
- Wiem, że proszę o wiele – mruknąłem, nie do końca pewny swojego głosu. Pocierałem powoli jej ramię, czując jak drży, choć wcale nie było jej zimno.
- A-ale chyba chcę to zrobić tak naprawdę.
- Tak naprawdę?
- Odkąd zniknąłeś mało rzeczy robiłam „tak naprawdę”. – Pociągnęła nosem, ale nie odsunęła się, więc nie byłem w stanie powiedzieć czy jej twarz odzwierciedla uczucia. – Przyjmowałam wszystko tak po prostu, miałam mało wymagań. Myślałam, że przeżyłam już wszystko co miałam przeżyć. Zatraciłam wszelkie ambicje. – Próbowałem oddychać spokojnie, aby nie wiedziała jak bardzo to na mnie oddziaływało, ale nie miałem pewności, czy mi się to udawało. – Gdy już odzyskałam część siebie to skupiłam się jedynie na Saradzie, na jej wychowaniu. To czy czegoś chciałam czy nie, już nie miało znaczenia.
- Teraz znów będzie miało. – Uniosłem dłoń i zacząłem powoli gładzić jej włosy. Zdawała się uspokajać z każdą mijaną sekundą, co przyjąłem za dobry znak.
- Teraz, to czeka mnie kolejny przewrót mojego życia – mruknęła, a gdy się odsunęła, jej oczy były już całkowicie suche. Policzki pozostały jeszcze lekko zaczerwienione, lecz jej skóra odzyskiwała powoli naturalny kolor.
- Nic co ci powiem nie sprawi, że będzie ci łatwiej – powiedziałem, dobrze rozumiejąc w jak złej pozycji się znajdowałem. Byłem przepaścią, w którą mogła skoczyć lub nie, a jedyną jej gwarancją były kruche, złożone przeze mnie obietnice. Jednak musiało stać za tym coś jeszcze. Musiała mnie kochać. Znała mnie, wiedziała do czego byłem zdolny w dobrych i złych chwilach. Doświadczyła ode mnie tyle dobrego co złego. Stawiało mnie to w strasznym świetle, ale… to wszystko już się stało, a  mogłem tylko robić wszystko, aby nie stało się ponownie.
- Bo wcale nie będzie łatwo.
- A Kirito nie będzie tego ułatwiał – odparłem, próbując zabrzmieć neutralnie.
- Wiem, dlatego muszę to załatwić szybko, dopóki jeszcze mam odwagę. – Sakura zacisnęła zdeterminowana usta i podniosła się do siadu. Również usiadłam, nie wiedząc, czego się po niej spodziewać.
- Co to znaczy „załatwić szybko”?
- To znaczy, że jest sobota i powinnam pojechać do Ino po Saradę. Porozmawiać z nią…
Sakura mówiła dalej, a ja tylko miałem coraz większy żal do siebie samego. Obiecałem sobie nie ruszać pieniędzy, które mam zamrożone na koncie, ale przecież nie mogę zabrać Sakury i Sarady do rudery, gdzie mieszkam z Rayderem i teraz jego siostrą. Niedługo z więzienia wychodzi też Hulk, więc na pewno się tam zatrzyma. A to byłaby już wcale nie taka boska komedia.
Na myśl, że miałem złamać swoje postanowienie, przez chwilę było mi źle, ale zaraz później pomyślałem, że nie robię tego dla siebie, tylko dla, jakby nie mówić, dwóch kobiet mojego życia. A one były warte wszystkiego. Moje sumienie nie miało tu już nic do rzeczy.
- Dasz mi kilka dni? – przerwałem jej, a ona od razu zareagowała strachem, który odbił się w jej oczach. – Spokojnie – dopowiedziałem, biorąc ją za rękę. – Znajdę i kupię jakieś małe mieszkanie albo dom. Co byś wolała?
- Czegoś nie rozumiem.
Wytłumaczyłem jej na czym polegał problem z moim obecnym  miejscem zamieszkania i po chwili przyznała mi rację. Potem jednak przyszedł czas na wątpliwości.
- A skąd chcesz wziąć pieniądze na nowe mieszkanie?
- Czyli wolisz bardziej mieszkanie od domu? – spytałem, ale ona przewróciła oczami, wzdychając cicho.
- Po prostu jeżeli mamy być razem, teraz dokładnie będę wiedziała skąd bierzesz pieniądze, na co je wydajesz. I to ja będę zajmować się finansami.
Rozumiałem jej pobudki. Rozumiałem też, że powinienem zgodzić się na to bez wahania, ponieważ miała prawo tego wymagać. Nie mogłem temu zaprzeczyć.
- Dobrze. Co tylko chcesz.
Przypatrywała mi się jeszcze chwilę pełna podejrzeń, ale moje zapewnienie uspokoiło ją na tyle, że odpuściła tę kwestię.
- Więc jaki mamy plan działania?
- Wybieraj. Dom, czy mieszkanie – mruknąłem i pociągnąłem ją z powrotem na łóżko. Upadłem na poduszki, a Sakura na mnie. Gdy usłyszałem jej cichy śmiech, poczułem, że cokolwiek robię, robię to dobrze i może nawet dla mnie gdzieś znajdował się mój własny happy end.
- Ile masz pieniędzy? – zapytała prosto. Podałem jej kwotę, a ona przyjęła to ze spokojem. Już kalkulowała na co starczy, na co nie, i czy może pozwolić sobie na taras.
- Wiem, że to nie miliony dolarów, ale…
- Ja też mam trochę – przerwała mi. Uniosłem brew, na co Sakura sapnęła zirytowana.
- Przecież wróciłam do pracy. Nie od razu, ale wróciłam.
- I odkładałaś?
- Tak.
- Więc dom czy mieszkanie?
Delikatny uśmiech rozświetlił jej twarz. Miałem wrażenie, że jest spokojna, że naprawdę chce stworzyć ze mną i Saradą coś nowego.
- To wystarczy na mały dom, prawda?
- Tak. Na salon i dwa pokoje jak sądzę.
- Idealnie. – Znów się uśmiechnęła i wtuliła we mnie całą sobą. Sam odetchnąłem z ulgą. Naprawdę na razie wiele rzeczy układało się tak, jak sobie to zaplanowałem.
- Jestem bardzo nieodpowiedzialna Sasuke. – Słowa były poważne, ale jej ton już nie do końca. Bardziej zahaczał o niedowierzanie.
- Wiem.
- To co mam zamiar zrobić jest kompletnie głupie i naiwne.
- Wiem.
- Przeraża mnie, że chcę to zrobić.
- Mnie nie. Tylko na to czekałem. – Uniosłem kącik ust, nie wiedząc, że Sakura przygląda mi się z dołu. Zorientowałem się dopiero, gdy ją na tym przyłapałem, a ona zaśmiała się szczerze i uniosła się, aby pocałować mnie w usta.
- I obiecujesz, że nie będę tego żałować? – Odsunęła się nieznacznie, tak, że stykaliśmy się nosami, a jej włosy znów wylądowały na mojej twarzy.
- Zrobię wszystko, żeby tak się nie stało.
- Świetnie, więc zacznij od kupna domu.
- Dobrze, coś jeszcze?
- Oczywiście. W pakiecie poproszę statek podwodny, szybowiec i śniadania do łóżka.
- Stać mnie jedynie na śniadania.
- Jakoś to przeżyję. – Znów pochyliła się, żeby mnie pocałować, ale odsunąłem się i przerzuciłem ją tak, że teraz to ja zwisałem nad nią. Pisnęła cicho z zaskoczenia, lecz nie wyczytałem z jej twarzy strachu, jedynie czystą radość, za której widokiem tak tęskniłem.
- To pójdę robić to śniadanie, a ty znajdź jakiś dobry film, bo jednak nie musimy się ze wszystkim tak bardzo spieszyć.
Trzy godziny później doprowadziliśmy mieszkanie Dyary do ładu, a z pewnością do takiego stanu, w jakim je zastaliśmy. Rozstałem się z Sakurą w momencie, gdy wsiadała do taksówki. Ustaliliśmy, że przez kilka dni będzie po prostu zbywać Kirito. Kiedy tylko znajdę oraz zaklepię dom i będzie on oczywiście zdolny do użytku, to się do niego wprowadzimy.
Snuliśmy plany jakbyśmy byli nieświadomi, że balansowaliśmy na krawędzi. Wystarczył jeden zły ruch, a wszystko mogło po prostu spieprzyć się szybciej niż moglibyśmy się spodziewać. Oboje jednak udawaliśmy, że nas to nie dotyczy i po prostu, po prostu mówiliśmy o tym, co chcielibyśmy, aby się stało. Na razie działało.
Ustaliliśmy też, że to ja odbiorę Saradę od Ino i zajmę się nią przez kilka godzin, które Sakura może będzie zmuszona spędzić na wymigiwaniu się argumentom Kirito.
Co do samego blondyna, to było mi go okropnie szkoda. Naprawdę wiedziałem, że on ją kocha i byłem sobie w stanie wyobrazić jego ból, gdy Sakura oświadczy mu, że odchodzi. To tak, jakby mi teraz powiedziała, że było miło, ale adios Amigo, nie mam dla ciebie czasu, miejsca oraz chęci. Gdyby stanęła przede mną i oznajmiła „przepraszam, ale nie potrafię się kochać”, to… nie wiem. Nie, naprawdę nie miałem pojęcia co mógłbym zrobić.
A nie, wiedziałem. Mógłbym przecież oszaleć.
Byłem pewien, że Kirito nie wyrzuci Sakury z domu. Oboje to przyznaliśmy, co czyniło z nas tych złych, ale inaczej się nie dało. Jeśli za cenę tej łatki miałem odzyskać na zawsze miłość swojego życia, to byłem w stanie to zrobić. Śmieszne, bo ludzie w przypływie emocji mówią różne rzeczy i słyszałem kiedyś, jak mężczyzna wyznał kiedyś kobiecie, że „dałby się za nią zamknąć, a nawet zabić, gdyby była taka potrzeba”. Ja jednak mogłem się już jedynie zabić, bo zamknąć to już się raz dałem.
Po bogacku podróżowałem dziś taksówką, ale nie miałem innego wyjścia. W sensie miałem, ale w przypływie dobrego humoru postanowiłem wyrzucić trochę hajsu  na głupoty, skoro w końcu zdecydowałem się go ruszyć.
Dostanie się do klatki bloku, w którym mieszkała Ino nie było problemem. Z przekonaniem blondynki, że nie chcę porwać swojej własnej córki, już gorzej.
- No nawet nie ma mowy. – Ino twardo stała w przejściu, nie pozwalając mi wejść do środka, ani nawet wynieść stamtąd Sarady.
- Ale Ino, ja nie żartuję.
- Ależ ja też nie, Sasuke!
- Sasuke? – Usłyszałem głos Sarady, która wyszła z pokoju i stanęła obok Ino. – Tata! – Uśmiechnęła się na mój widok i wyciągnęła do mnie ręce, ale Ino zablokowała przejście ręką.
- Nigdzie nie idziesz, Sarada.
- Ale ciociu, przecież to tata.
Dziewczynka stanęła pewnie i założyła ręce na piersi. Uniosła zadziornie podbródek i spojrzała na ciotkę z wyższością.
- Mama mówi, że tata jest dobry, tylko kiedyś zrobił coś złego. A mi nic złego nigdy nie zrobił. Wujek mówi czasem, że byli kiedyś braćmi, ale już nie są i nigdy nie będą i mam taty unikać, bo jest zły. Według ciebie komu mam wierzyć?
- Mamie.
- Wujkowi.
Odezwaliśmy się z Ino w jednym momencie.
- Ja poznałam już tatę i go lubię i nie możesz mnie tu trzymać, jak nie chcę.
Parsknąłem cicho, ponieważ Yamanaka wytrącona z równowagi nie wiedziała co powiedzieć.
- Zresztą widziałam się ostatnio z wujkiem Lorcanem i on powiedział, że tata jest „spoko”, ale trzeba na niego uważać. – Sarada podeszła do szafki i zdjęła stamtąd buty, które zaczęła zakładać. – Dlatego teraz będę na niego bardzo uważać. Nie będziemy przechodzić na czerwonym i jeść za dużo pizzy, obiecuję.
Mówiła i mówiła, a w trakcie tego zdążyła się cała ubrać. Inaczej też odebrała sformułowanie “trzeba na niego uważać”. Zamiast ją przestrzec spowodowało jedynie, że postanowiła zacząć się mną opiekować, co rozczuliło chyba najbardziej z jej dotychczasowych czynów. Miała wiele cech Sakury, lecz przez swój wiek i nieznajomość świata była jeszcze szczera i bezpośrednia. Jasno przekazywała swoje myśli światu i jeśli coś chciała, to po prostu po to sięgała, nie znając jeszcze ograniczeń. To było absolutnie wspaniałe.
- No, chyba wszystko wzięłam, ciociu. - Sarada założyła sobie plecak na plecy i rozejrzała się dookoła. - Jakbym czegoś zapomniała to zadzwoń do mamy, to jakoś to załatwimy. No. - Spojrzała na mnie w pełnej gotowości. - Możemy już iść.
- Ale Sarada - jęknęła Ino, wiedząc, że przegrała z kilkulatką.
- Mam telefon, ciociu. Tu jest sms od mamy. Ty też pewnie dostałaś. - Sarada oburzona podała Ino komórkę, którą ta niechętnie przyjęła. Spojrzała na wyświetlacz i najwyraźniej przeczytała prawdziwą wiadomość od Haruno, ponieważ zacisnęła usta i obrzuciła mnie podejrzliwym wzrokiem.
- Pilnuj jej jak oka w głowie.
Uniosłem jedynie znudzony brew, dając jej tym samym do zrozumienia, żeby sobie darowała. Przecież na pewno umiałem się zająć własną córką. A przynajmniej powinienem umieć.
- Ciocia, luz. To tylko tata. - Sarada wzruszyła ramionami i podeszła do mnie. Odwróciła się w stronę Ino i pomachała jej krótko. - Do zobaczenia, ciociu.
- No pa pa maleństwo. - Ino złagodniała, patrząc na dziewczynkę. Widać było, że obie znały się na tyle dobrze, żeby słowo “ciocia” miało swoje faktycznie odniesienie w rzeczywistości, z czego się naprawdę ucieszyłem.
- Cześć, Ino.
- Na razie, Uchiha.
W tym pożegnaniu nie było już choćby połowy czułości co w tym pierwszym. Na szczęście mało mi to przeszkadzało, bo Sarada złapała mnie za dłoń i pociągnęła w dół schodów. Pozwoliłem jej się prowadzić i zatrzymałem się dopiero, gdy ona zatrzymała się na chodniku przed klatką schodową.
- Cieszę się, że przyszedłeś. - Spojrzała na mnie z dołu, a ja nie wiedziałem co jej odpowiedzieć. Była tak bezpośrednia nie tylko w swoich myślach, ale i w swoich uczuciach, że rozkładała mnie na łopatki. - Ale wujek będzie bardzo zły, prawda?
Do bólu bezpośrednia.
- Możliwe - odparłem, a ona lekko posmutniała.
- Nie lubię, jak wujek jest zły.
- Robi wtedy coś złego? - spróbowałem ją podejść. Może gdyby w domu działoby się coś złego, o czym nie powiedziała mi Sakura, to Sarada mogłaby podać mi to na tacy.
- Krzyczy, ale mama też na niego krzyczy. A potem płacze, ale wujek też czasem płacze. - Zmarszczyła brwi, jakby się nad czymś zastanawiając. - I jak jest obrażony, to robi mu się druga broda.
Miałem ochotę się roześmiać, ale coś mi nie pozwalało. Wziąłem głęboki oddech i spróbowałem się rozluźnić. Spojrzałem na ulicę przed nami, gdzie przemykały szybko auta, chcąc iść w konkretnym kierunku, żebyśmy rozmawiali już idąc. Czekałem na odpowiedź od Raydera, bo wysłałem mu smsa, czy jakby miał chwilę, to czy mógłby po nas podjechać. Nie słyszałem sygnału przychodzącej wiadomości, ale na wszelki wypadek spojrzałem w telefon.
Spoko, daj tylko znać gdzie jesteś.
Przewróciłem oczami zły na siebie. Odpisałem mu, że będziemy czekać niedaleko centrum handlowego, do którego mieliśmy kilkaset metrów. My zdążymy się przejść, a on może przyjechać.
- Chodź, przyjedzie po nas mój kolega - mruknąłem i obróciłem się w prawo. Sarada, wciąż trzymając moją rękę, ruszyła obok mnie.
- Jak to teraz będzie? - zapytała, ale nie miałem tyle odwagi, żeby na nią spojrzeć. Bałem się, że znów rozbroi mnie w ułamku sekundy.
- Co masz na myśli?
- No wiesz, mama, my. Bo chyba nie możesz się wprowadzić do wujka - powiedziała to niepewnie, wyraźnie czekając na moją reakcję.
Parsknąłem pod nosem i kiwnąłem głową.
- Tak, wprowadzić się nie mogę.
- Kurcze, tak myślałam. - Wbiła spojrzenie w chodnik i przez chwilę szliśmy w ciszy. - Mama mi napisała, żebym była grzeczna i, że musimy się polubić, bo będziemy się teraz często widzieć.
Uśmiechnąłem się tak szeroko, że byłem zdziwiony, że w ogóle tak potrafię. Sarada tego jednak nie zauważyła, wciąż idąc przed siebie w zamyśleniu.
- A to nie lubimy się, że musimy się polubić? - spytałem, a ona przystanęła i zadarła głowę.
- No ja nie wiem, jak mama to widzi, ale chyba jej nie przekonaliśmy, bo wiesz… tata - dodała po chwili zamyślenia. - Ja to cię lubię.
- Ja ciebie też - odpowiedziałem od razu, na co wyraźnie się ucieszyła, taką prostą, esencjonalną, dziecięcą radością, która udzieliła mi się ogromnie, mimo, że nie było tego po mnie widać.
Znów powoli ruszyliśmy przed siebie.
- To super, bo myślałam, że mnie nie polubisz.
Spojrzałem na nią kątem oka, szukając w głowie sensownej myśli.
- Dlaczego?
Bardzo sensowna myśl.
- No bo ja cię znałam tylko z tego co mówiła mama. Nikt inny mi o tobie nie opowiadał. A, jeszcze wujek Lorcan czasem coś mówił. Mam tylko jednych dziadków, oni o tobie nie mówią, ale za to mam dużo cioci i wujków - powiedziała, jakby samą siebie próbując pocieszyć.
- Ja też mam rodziców, więc masz już teraz o dwóch dziadków więcej - odparłem, nie sądząc, że dziewczynka tak się ucieszy na tę wieść.
- Naprawdę?
Nie wiedziałem, dlaczego tak ją radowała możliwość poznania obcych ludzi tylko dlatego, że ja powiedziałem, że są jej dziadkami, lecz nie powinno mnie to dziwić. Tylko z racji na jej charakter i osobowość szedłem z nią teraz za rękę po mieście, jakby była to zupełnie normalna czynność. Jakbyśmy znali się od jej “zawsze”.
- Tak.
- Przedstawisz mi ich kiedyś? Polubią mnie?
I co miałem jej powiedzieć? Że babcia, którą tak chciałaby poznać jest w śpiączce z mojego powodu? Że dziadek to materialistyczny cham, który nie potrafił wychować swoich dzieci? Że wujek, o którym nie wie mnie nienawidzi? Że jego żona mówi, że zniszczyłem jej życie, a ich córka nie chce nawet na mnie spojrzeć?
Tak, ten temat chyba powinienem zostawić na później.
- Na pewno cię polubią - odparłem, starając się brzmieć przekonująco.
- To super, bo ja już ich lubię. - Uśmiechnęła się i przyspieszyła.
- Gdzieś nam się spieszy?
- Może twój kolega już czeka, a to niegrzeczne jak już będzie, a my nie.
Parsknąłem pod nosem, ale zdeterminowanie na twarzy Sarady było jak najbardziej prawdziwe. Nie śmiałem się więc sprzeciwić.
Dotarliśmy na miejsce szybciej niż się spodziewałem. Rayder podjechał po nas kilka minut później. Dziś był dzień, który miałem zamiar w całości spędzić ze swoją córką. Co najlepsze ona sama tego chciała równie mocno jak ja. Nie wiem, czy mogłem od losu dostać lepszy prezent niż ją i jej mamę w pakiecie.

***

No, to tego. 
Wiem, że ostatni rozdział był w 2017 roku. Wiem, że jestem straszna, okropna i ble, ale no, może ktoś tu ze mną mimo wszystko został, aby wiedzieć, jak zakończę Ferris, a zakończę szybko, ponieważ to ostatni rozdział. Został mi tylko dość krótki epilog, dlatego też na razie jeszcze się nie żegnam, choć w serduszku mi trochę smutno, bo to moje ostatnie fanfiction raczej. Wzięłam się za pisanie książki i chciałabym się na niej skupić, aby w końcu spełnić swoje marzenie o jej wydaniu. Jeśli mi się to uda mam nadzieję, że pokochacie Aidena i Rayn tak samo jak ja, ale no... wiecie. Na to przyjdzie jeszcze czas, a mam dopiero siedemdziesiąt pięć stron. Świadomość, że to jeden rozdział Leithy mnie zdepresjonowała bardzo, ale MÓWI SIĘ TRUDNO XD

Także no, trzymajcie kciuki i do epilogu <3

KC