10.10.2017

II XXI - I'M A PUPPET ON A STRING


Z racji tego, że Rayder zabrał samochód, musiałem zdać się na komunikację miejską, czego nie cierpiałem odkąd pamiętam. Nie widząc innego wyjścia, zabrałem dokumenty oraz resztę pieniędzy, które mi zostały i wyszedłem z domu, szukając najbliższego przystanku autobusowego. Nie wiedziałem czy najpierw pojechać do Dyary, czy do Itachiego.
Do obojga miałem żal. Może nigdy nie byliśmy wyjątkowo blisko i nie stanowiliśmy przykładnego rodzeństwa, ale mogli jakkolwiek się do mnie odezwać. Już pomijam jakieś spotkania, czy odebranie mnie spod więzienia. Nie wymagałem cudów, tym bardziej od Itachiego, ale brak Dyary mnie trochę zaskoczył. Nie sądziłem, że i ona planowała mnie ukarać.
Ciągle jednak zastanawiał mnie fakt, że podobno nie chciałem się z nikim kontaktować. Sakura była wyraźnie zdziwiona, kiedy zaprzeczyłem tym słowom. Nasuwało się teraz jedno pytanie: kto i dlaczego podał taką informację w moim imieniu? Jeszcze wczoraj nie posądzałbym o to Kirito, ale teraz już nie wiedziałem, co o tym myśleć. Zawsze mogłem na nim polegać, robiłem to od lat. Pamiętam, że powiedziałem mu, iż ma się opiekować Sakurą, ale nie przewidziałem scenariusza, gdzie robi sobie z niej narzeczoną i montuje czujnik w telefonie, żeby zawsze znać jej lokalizację.
Próbowałem rozgryźć jego myślenie. Skoro ciągle wiedział, gdzie była, to dlaczego przyszedł dopiero rano? Może sądził, że Haruno mnie odepchnie i sama wróci prędzej czy później, ale w pewnym momencie puściły mu nerwy? Do tego w ogóle nie skomentował faktu, że Sakura była w moim podkoszulku, wyglądająca, jakby dopiero co wyszła z łóżka. To tak jakby całkowicie pominął to zjawisko. Czułem, że prędzej czy później będę musiał z nim porozmawiać, ale wolałem się w to teraz nie zagłębiać.
Było trochę po ósmej rano. Znając Dyarę siedziała już w firmie, ale na wszelki wypadek wolałem zajrzeć do jej mieszkania. Firmę miałem zamiar omijać szerokim łukiem, bo na samą myśl o wejściu do tego budynku robiło mi się niedobrze. Z jakiegoś dziwnego powodu czułem dziwny stres na myśl o spotkaniu z siostrą. Może ona też się ode mnie odwróci. Może też już dawno mnie skreśliła, skoro milczała przez okrągłe pięć lat?
Wszedłem do jej apartamentowca i skierowałem się do przeszklonej windy. Wcisnąłem przycisk odpowiadający siódmemu piętru, po chwili się na nim znajdując. Z wahaniem podszedłem pod drzwi jej mieszkania. Ekskluzywny korytarz wyłożony jasnymi dużymi płytami był pusty, dlatego, gdy zadzwoniłem dzwonkiem, jego dźwięk wydał się bardzo głośny.
Usłyszałem kroki z drugiej strony. Damskie obcasy odbijające się od paneli. Włożyłem dłonie w kieszenie i wziąłem krótki oddech, starając się być przygotowanym na wszystko. Gdy drzwi się otworzyły i stanęła w nich Dyara, odetchnąłem i uśmiechnąłem się smętnie.
- Kopę lat, siostrzyczko.
Ona natomiast stała oniemiała z ręką na klamce. Patrzyła na mnie zszokowana i gdy już nie wiedziałem czy wycofać się i zniknąć, jakbym tu w ogóle nie przyszedł, ona rzuciła mi się na szyję i przytuliła mocno.
- Boże, Sasuke. To naprawdę ty.
Przyciągnąłem ją do siebie i również objąłem, a całe napięcie, które towarzyszyło mi w drodze tutaj, zniknęło.
- Tak się martwiłam. Przepraszam, że nie zdążyłam cię wczoraj odebrać. Przysięgam, że chciałam, ale przedłużyło się bardzo ważne spotkanie, bez tego kontraktu byłoby z nami słabo, a jak przyjechałam, to już cię nie było. Tak bardzo cię przepraszam - mówiła przejęta, a ja jej uwierzyłem. Może dlatego, że chciałem, aby ktoś powiedział, że za mną tęsknił, nawet jeśli miało to być kłamstwo.
- Rozumiem. Takie rzeczy się zdarzają - odparłem, a ona odkleiła się ode mnie i jeszcze raz zlustrowała wzrokiem od góry do dołu.
- Jeju, jak zmężniałeś. Totalnie. I jeszcze dopakowałeś. - Znów mnie objęła, wyglądając na naprawdę szczęśliwą. - Tak się cieszę, że wróciłeś.
- Ja też.
Stanęła obok mnie i wskazała ręką na wnętrze mieszkania.
- Wchodź, musimy pogadać. Tak dawno cię nie widziałam - powiedziała i wręcz wepchnęła mnie do środka. -  Tyle czasu minęło, tak się stęskniłam za tobą.
Weszliśmy do obszernego salonu z przeszklonymi ścianami. Miała dwupoziomowy apartament pełen różnych obrazów, urządzony w czerni i bieli. Zupełnie w jej stylu.
- Opowiadaj. Co teraz robisz? Gdzie mieszkasz? Mogę ci jakoś pomóc? - Poszła do kuchni i wstawiła czajnik.
- Nie dziękuję. Radzę sobie - odparłem, siadając na stoliku barowym przy małej wyspie, która znajdowała się między salonem a kuchnią. - Mieszkam z kolegą, potem będzie jeszcze jeden. Standard może kiepski, ale jest prąd i ciepła woda.
Odwróciła się do mnie szczerze zmartwiona.
- Ale wiesz, Sasuke, że powiesz tylko słowo, a wszystko ci załatwię? Mieszkanie, samo…
- Nie - odpowiedziałem i wnioskując po jej minie, zrobiłem to trochę za ostro. - Nie, dziękuję - poprawiłem się. - Nie chcę być w jakikolwiek sposób związany z tą firmą.
- Ale zdajesz sobie sprawę, że to po prostu pomoc z mojej strony i…
- Wiem i doceniam, naprawdę. - Spróbowałem jakoś ją uspokoić, ale co to wykwitło na mojej twarzy przypominało raczej grymas. - Muszę sam stanąć na nogi. Od nowa, sam.
- No dobrze, skoro tego właśnie chcesz - odparła trochę zasmucona. Zalała dwa kubki z herbatą wrzątkiem i wzięła je w ręce. - Chodź, usiądziemy w salonie, będzie wygodniej.
Skinąłem głową i poszedłem za nią. Usiadłem na dużej, białej kanapie, a ona przycupnęła na dużym fotelu tego samego koloru.
- Naprawdę, jeszcze raz bardzo cię przepraszam, że wczoraj nie zdążyłam.
- Rozumiem, nie zadręczaj się.
- Choć w sumie, to nadal powinnam być obrażona.
Uniosłem powiekę, nie wiedząc, o co jej chodziło. Dopiero teraz zwróciłem uwagę, że ma strasznie długie włosy. Tak samo jak Sakura i Tayuya. Jakaś nowa moda?
- Dlaczego?
- Dlatego, że nie pozwoliłeś nam się kontaktować ze sobą przez pięć lat - burknęła, zakładając ręce na piersi. - Wiesz, jak się wtedy poczułam? Jakbym do niczego nie była ci potrzebna. Doszłam jednak do wniosku, że zawsze miałeś w sobie coś z masochisty, więc nie zdziwiło mnie to, że chcesz “cierpieć samotnie w agonii” - zaakceptowała ostatnie słowa z wyraźną ironią. - Pokuta, te sprawy. Ale i tak mnie to zabolało.
- Dyara. - Znów skupiła na mnie swój wzrok. - Ja nic takiego nie powiedziałem.
Jej usta ułożyły się w kształt “o”.
- Jak to? Przecież Itachi powiedział, że tak właśnie było. Nikt tego nie kwestionował. W końcu to on czuwał przy twoim procesie.
Poczułem się, jakbym dostał w twarz. I to tak solidnie. Dyara widząc, że zaniemówiłem, chrząknęła cicho.
- Chcesz dać mi do zrozumienia, że to nieprawda?
- Oczywiście, że to nieprawda - mruknąłem, próbując pojąć fakty. - Myślisz, że odciąłbym się totalnie od kontaktu z rodziną? Z Sakurą? Dyara, na litość boską.
- Wiesz. Robiłeś wtedy różne rzeczy. Nigdy nie wiadomo, co ci mogło przyjść do głowy.
- Tego się nie spodziewałem - odparłem po chwili milczenia. Poczułem się zdradzony i dopiero teraz zaczynałem rozumieć, jak potraktowałem kiedyś Itachiego. Prychnąłem cicho, zaplatając ręce na piersi. Może i mi się to wszystko należało?
- Szczerze mówiąc, ja też nie. - Przygryzła wargę, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. - Musisz z nim porozmawiać.
- Muszę porozmawiać z wieloma osobami.
- A co u Sakury? Rozmawiałeś z nią może? Lata się z nią nie widziałam, choć pamiętam, że byliście blisko - mruknęła Dyara, biorąc w ręce jeden z kubków, stojących na stoliku.
- Więc tobie też nic nie powiedziała? - Zmrużyłem oczy, myśląc na jak wiele sposobów nawrzucam Haruno, gdy się z nią zobaczę
- O czym?
- Może o tym, że mam córkę.
Dyara ponownie wyglądała dziś na zszokowaną i minęło kilka sekund zanim się odezwała.
- Co proszę? Co masz?
- Córkę mam. - Skinąłem głową na potwierdzenie. - Widziałem ją co prawda raz w życiu, czyli wczoraj, ale mówi do mnie tato - sarknąłem i wziąłem głęboki oddech. - Jeszcze coś. Pamiętasz Kirito?
- Trzymałeś się z nim kiedyś.
- Tak. Są narzeczeństwem.
Tym razem Dyara odstawiła kubek z powrotem na stolik. Może spodziewała się jeszcze innych rewelacji, które tym razem spowodowałyby oblanie się wrzątkiem.
- I też przez tyle lat się do ciebie nie odezwała?
Potwierdziłem.
- A to suka - szepnęła, ale szybko się w sobie zebrała. - Sory, może nie powinnam tak mówić, ale…
- Ale ja też zrobiłem jej wiele złego - wszedłem jej w zdanie, naprawdę tak uważając.
- Lecz nie sądzisz, że ukrywanie przed tobą dziecka to lekka przesada?
- Nie zastanawiam się nad tym, jeśli nie muszę, bo inaczej prawdopodobnie skręciłbym Kirito kark, bo to on je wychowuje.
- Jaki jeden wielki pierdolnik - szepnęła do siebie.
- Zgadzam się.
- I co teraz?
- Sam chciałbym wiedzieć.
Dyara wstała i podeszła do okna. Nerwowo bawiła się dłońmi, spoglądając na świat z góry. Przez dłuższy moment się nie odzywała, czego nie miałem jej za złe.
- A, chyba zapomniałam. Jesteś nie tylko tatą, ale też wujkiem.
Tym razem to ja poczułem wagę nowych rewelacji.
- Co chcesz mi powiedzieć?
- Facet zrobił mi dziecko, po czym uciekł do żony. Jakbyś pytał, to nie, nie wiedziałam, że był żonaty.
- To jakiś kiepski żart. Pięć lat mnie nie ma, a teraz wszyscy mają dzieci, tak?
- Wszyscy?
Złapałem się za głowę, mając tego wszystkiego dosyć. Co jest? Każdemu teraz gra baby blues, czy co.
- Nieważne - powiedziałem do siebie i również wstałem. - Ty nie żartujesz, naprawdę masz dziecko.
- Tak, syna. Chcesz go poznać?
Nie czekając na moją odpowiedź weszła po schodach na górę, prowadząc mnie do pokoju na końcu korytarza. Trochę przerażały mnie te dzieci, które teraz dosłownie atakowały mnie z każdej strony. Ja, Dyara, Tayuya. Równie dobrze mógłbym otworzyć przedszkole.
Wszedłem za nią do dziecięcej sypialni, gdzie na podłodze faktycznie siedział mały chłopczyk, który słysząc, że wchodzimy, odwrócił się w naszą stronę.
- Akihito, chodź na chwilę.
Dziecko zostawiło samochodzik, którym się bawiło i posłusznie podeszło do Dyary. Na szczęście w zupełności wrodziło się w matkę. Nie widziałem w chłopcu nic z domniemanego ojca, ponieważ odziedziczył czarne włosy i oczy Uchihów.  Aaż poczułem się dumny, bo Sarada również wyglądała jak żeńska kopia mnie, gdy byłem mały, choć z tego co zauważyłem, po Sakurze odziedziczyła kształt oczu i chyba ust, ale nie byłem pewien. W końcu widziałem ją tylko raz.
- To jest Sasuke. Mój brat. Twój wujek. - Dzieciak siedział u Dyary na rękach i wpatrywał się we mnie z zaciekawieniem.
- Twój brat? - spytał chłopiec, sepleniąc.
- Tak, opowiadałam ci o tym.
- Sasuke - powtórzył po matce, jakby układając sobie to słowo w głowie.
- Cześć - wypaliłem, a Dyara zaśmiała się.
- Chcesz go potrzymać?
- Eee… Ja nie mam za bardzo tego, no. Obycia z dziećmi - mruknąłem, ale ona już wpakowała mi chłopca w ramiona.
- Czas najwyższy, tatuśku - westchnęła. Widocznie sama jeszcze nie zaakceptowała faktu bycia ciocią. - Więc jak ma na imię?
- Moja córka? - mruknąłem mocno zaaferowany chłopcem, który właśnie wsadził obślinioną rękę w moje włosy. - Sarada.
- Ładnie. - Dyara skinęła głową. - Ale pewnie nie ma twojego nazwiska.
- Pewnie nie. - Kurde, wcześniej jakoś o tym nie pomyślałem. Sakura na bank zostawiła jej własne. - Spokojnie, wszystko się wyprostuje.
- Nawet do twarzy ci z dzieciakiem.
- Mama. - Oboje spojrzeliśmy na Akihito, który złapał teraz za materiał mojej koszulki i patrzył mi z bliska w oczy. - Też chcę takiego brata.
Zaśmiałem się lekko, ale za to Dyara się nie hamowała.
- Takiego, berbeciu, na pewno nie chcesz. Ten - wskazała na mnie - jest mój. Ty możesz mieć teraz tylko młodszego.
- Ale siostrę mam starszą - powiedziało dziecko, sprawiając wrażenie lekko zagubionego.
- Riv to twoja kuzynka, Akihito. - Dyara wzięła go z moich rąk i postawiła na podłodze. Patrzył teraz na nas z dołu pełen ciekawości. Kucnąłem więc, aby być z nim na jednym poziomie.
- Ale masz jeszcze jedną starszą kuzynkę. Ma na imię Sarada.
Chłopiec przekręcił głowę zamyślony.
- Sarada - powtórzył, chyba chcąc zapamiętać.
- Tak.
- A ty Sasuke.
Co się ze mną działo. Rozczulały mnie dzieci. Chyba zmiękłem, siedząc w więzieniu. Totalnie. Kiedyś raczej na pewno bym z nim nawet nie porozmawiał, ale teraz prawie widząc, jak pracują trybiki w jego głowie, chciało mi się śmiać.
- Dobra, Akihito. Chcesz iść na dół? - spytała Dyara, a dzieciak skinął głową.
Chwilę później z powrotem w trójkę znaleźliśmy się w salonie z tą różnicą, że chłopiec łaził wszędzie i po wszystkim razem ze swoim samochodzikiem, który musiał dotknąć każdej powierzchni w mieszkaniu.
- Ja rozumiem, że dostałaś info, że nie chcę z nikim się kontaktować, ale żeby nie powiedzieć, że masz syna? - mruknąłem, pijąc już ostudzoną herbatę.
- Wiesz, to był kiepski czas - westchnęła, zapatrzona w dzieciaka. - Ciebie zamknęli, Itachi też przestał się odzywać. Teraz też ledwo mam z nim jakikolwiek kontakt. Zostałam praktycznie sama. Ojciec jest zajęty tylko firmą, nic innego go nie obchodzi. Twoja sprawa była bardzo głośna i mocno się między innymi na mnie też odbiła. Poznałam też mniej więcej wtedy Kaede, który wydawał się być idealny pod każdym względem. - Dyara posmutniała wyraźnie, a ja byłem rozbity, bo w żaden sposób nie mogłem jej pomóc. - A wyszło jak wyszło. - Uśmiechnęła się, choć nie dopatrzyłem się w niej radości.
- Przepraszam - powiedziałem, mając coraz większe wyrzuty sumienia. - Myślałem, że chociaż tobie nie zrobiłem nic złego.
- Sasuke, nie przepraszaj. - Pokręciła głową, zaciskając palce na kubku trzymanym w dłoniach. - Już za późno na jakiekolwiek przeprosiny, one nic nie zmienią.
- Ale nadal…
- Wszystko co złe już się stało - powiedziała ponuro. - Ciągle uważam, że nic nie usprawiedliwia tego, co zrobiłeś Itachiemu, ale teraz szanse się wyrównały. Oboje pozbawiliście się rodzin i związków, oboje świadomie.
- Wiem, że zasłużyłem, ale…
- Tu nie ma ale, Sasuke. - Dyara zacisnęła usta w cienką linię. - Dobrze wiesz, że Itachi nie zasłużył na to wszystko. O mało się nie rozwiódł, stracił pracę. Siedział w pace za twoje tchórzostwo. Ty siedziałeś za to, że ci się należało, a to, że powiedział nam wszystkim, że nie będziesz utrzymywał z nami w ogóle kontaktu, to już chyba jego prywatny wymiar kary.
- Bolesny - odparłem, uświadamiając sobie to wszystko.
- Mi też jest przykro.
- Wiem.
Przez jakiś czas w salonie słychać było jedynie odgłosy zabawy Akihito. Próbowałem jakoś poukładać sobie w głowie to wszystko, lecz informacja o tym, że to Itachi zgotował mi taki los po powrocie, z jakiegoś powodu zabolała bardziej niż całą reszta.
- Właśnie, zapomniałam. - Dyara zaklęła pod nosem i podeszła do szafki w rogu pomieszczenia. - Wszystkie rzeczy, które ocalały z pożaru twojego mieszkania są w specjalnym magazynie. Przejrzałam je i zachowałam te zdolne do użytku. - Podeszła do mnie i wręczyła mi kartę magnetyczną. - Masz tam adres i numer schowka.
- Dziękuję - odparłem szczerze zaskoczony. - Nie spodziewałem się.
- A widzisz. Za bardzo kocham mojego starszego braciszka, żeby zostawić go z niczym, nawet jeśli nie chce mojej pomocy.
Wstałem i objąłem ją. Wyczułem na skórze, że się uśmiecha.
- Przemyśl co powiesz, zanim pójdziesz zobaczyć się z Itachim - powiedziała ostrożnie. Odsunąłem ją na odległość ramion.
- Co on… w ogóle teraz robi?
- Jest prokuratorem. Z racji, że został oczyszczony z zarzutów, pozwolono mu kontynuować karierę.
- Rozumiem, a…
- Sheeiren?
Skinąłem głową.
- Wybudziła się rok po tym, jak cię zamknęli. - Dyara położyła ręce na biodrach i zapatrzyła się na syna, który opierał się o okno, zafascynowany spoglądając w dół. - Miała amnezję.
- A… teraz?
- Teraz już pamięta, że ma męża i dziecko, ale jest inna. Niepodobna do starej siebie.
Im dalej próbowałem wrócić do normalności, tym więcej spotykałem przeszkód. I to nie byle jakich. W pewnych momentach odnosiłem wrażenie, że lepiej, gdybym nigdy nie wyszedł z więzienia albo w ogóle zniknął. Może to też było jakieś wyjście. Wziąć resztę pieniędzy i po prostu wyjechać. Nie mógłbym już wtedy nikogo tutaj skrzywdzić.
- Itachi zrobił co zrobił, ale postaw się na jego miejscu - powiedziała wreszcie Dyara, marszcząc brwi. - Nie usprawiedliwiam go, ale nie usprawiedliwiam też ciebie.
- Rozumiem. Ja… będę już się zbierał.
- Spieszysz się gdzieś? - spytała zmartwiona. Nie chciałem już bardziej jej denerwować, więc uciąłem temat.
- Tak, muszę załatwić kilka rzeczy. Daj mi swój numer telefonu. Pójdę dziś podpisać nową umowę i skombinuję sobie komórkę.
- Jasne.
Po kilku minutach stałem już przy wyjściu z mieszkania siostry, która podeszła do mnie z synem na rękach. Z racji, że była ode mnie młodsza, oboje z Itachim, nieważne ile lat miała, postrzegaliśmy ją jako taką, którą trzeba się opiekować. Teraz jednak odniosłem wrażenie, jakby ten czas się skończył. Ona nie potrzebowała już ani mnie, ani Itachiego.
- Dziękuję za wszystko. Odezwę się niedługo.
- Mam nadzieję - odparła, uśmiechając się. - Możesz wpadać kiedy chcesz. Tu też jest prąd i ciepła woda.
- Bardzo śmieszne - mruknąłem, choć bez cienia złośliwości.
- Trzymaj się, braciszku.
Jadąc windą w dół, do głównego holu, miałem ochotę znaleźć najbliższy bar i nawalić się jak świnia. Bez klasy, bez elegancji, upierdolić się do nieprzytomności. Każdy kontakt z kolejną osobą, która kiedyś była mi bliska powodował, że miałem coraz więcej faktów popychających mnie w stronę depresji. Życie z wyrzutami sumienia, które miałem do tej pory było ciężkie. Nie wiedziałem, ile jeszcze byłem ich w stanie przyjąć.
Przez kolejne kilka godzin odwiedziłem operatora, lombard i bank. Efekt był taki, że miałem już telefon z nowym numerem i dostęp do starego konta z całkiem pokaźną ilością pieniędzy, których na razie nie miałem zamiaru dotykać. Myślałem nawet, czy nie oddać ich na jakąś fundację. Koszt, jakim je zarobiłem przyprawiał mnie o mdłości.
Do schowka dotarłem w ciągu następnej godziny. Zdziwiła mnie ilość rzeczy w środku. Musiałem znaleźć odpowiedni sposób, żeby podziękować siostrze za to, co zrobiła. Nie miałem na to jeszcze pomysłu, ale doszedłem do wniosku, że mogę zająć się tym później. Na razie wziąłem ze sobą trochę ciuchów i oddzieliłem pudła, które chciałem zabrać do Raydera od tych, które na razie mogły tu leżeć. Firma, po którą zadzwoniłem od razu po przyjściu tutaj, przyjechała i zabrała wskazane rzeczy. Za trzy godziny miała przywieźć je pod dom Hatake.
W kwestii zamrożonych pieniędzy zdecydowałem, że jednak je wydam, ale nie na siebie. Jeśli już, to przy okazji. Wiedziałem, że Rayder wychował się w biedzie, o czym świadczył ten leciwy domek, w którym nas zakwaterował, więc doszedłem do wniosku, że zrobienie tam lekkiego remontu będzie podziękowaniem z mojej strony. Niby mogłem wynająć gdzieś mieszkanie i mieszkać samemu, ale szczerze powiedziawszy, nie chciałem.
Było po trzynastej, gdy uporałem się ze wszystkim i zamknąłem magazyn. Wolałem skupić się na tym, że byłem głodny niż na tym, że czekała mnie konfrontacja z bratem, który, z tego co się zdążyłem zorientować, darzył mnie teraz czystą nienawiścią.
Pamiętam, że kilka lat temu Sheeiren razem z Dyarą miały otwierać jakąś kawiarnię. Zabrałem tam nawet Sakurę raz. Skierowałem się w tamtym kierunku, mając nadzieję, że choćby zobaczę Imai, aby wiedzieć, czego się spodziewać. Jakich argumentów mógł użyć Itachi. I tak pewnie nie mógłbym ich zbić, ale przynajmniej mogłem się przygotować. A chociaż próbować.
Po dotarciu na miejsce zawahałem się przez moment w przejściu. W końcu jednak wszedłem do środka i usiadłem przy stoliku blisko okna. Knajpka tętniła życiem. Była pora luchowo-obiadowa, więc wszystkie korposzczurki musiały coś zjeść, aby przeżyć w firmie kolejne x godzin. W zasięgu wzroku miałem dwie kelnerki i jedną pracownicę za ladą. Zamówiłem kawę i podwójną porcję naleśników, spokojnie przyglądając się wnętrzu kawiarni. Prawda była taka, że wciąż czekałem na moment, kiedy pojawi się Imai. W końcu właściciele lokali też muszą czasem do nich przychodzić.
Minęła godzina, a jej nadal nie było. Kończyłem już drugą kawę. Przynajmniej odegnałem senność na dobre i przestałem być głodny. Powoli miałem zamiar się zbierać, gdy wreszcie przyszła Sheeiren. Próbowałem ocenić ją obiektywnie. Pierwsze co zauważyłem to to, że ubiera się inaczej. Mniej wyzywająco, bardziej stonowanie. Jej makijaż też był lżejszy, o ile jakikolwiek nałożyła. Wyglądała też na zmęczoną, co postarzyło ją od wersji, którą zapamiętałem.
Podeszła do pracownic i przywitała się z nimi sztywno. Dyara miała rację. W niczym nie przypominała apodyktycznej kierowniczki imprez na kilkaset ludzi, która zawsze miała wszystko pod kontrolą. Teraz sprawiała wrażenie, jakby wszystko miało kontrolę nad nią.
Widząc to, odeszła mi ochota na rozmowę. Nie wiedziałbym co jej powiedzieć.
Cześć. Trochę się nie widzieliśmy. Przepraszam, że zniszczyłem ci życie?
Nie, źle.
Cześć, jak się trzymasz? Mam nadzieję, że dobrze.
Też nie.
- Co ty tu robisz? - słysząc cichy, choć stanowczy głos uniosłem głowę, napotykając spojrzenie Sheeiren. Patrzyłem na nią zaskoczony znad pustego już kubka.
- Cześć - powiedziałem wreszcie, siląc się na wyprostowanie się. - Przyszedłem się z tobą zobaczyć.
- Nie jesteś tu mile widziany - odparła, nie pokazując po sobie żadnych emocji.
- Domyślam się i zniknę, gdy tylko ze mną porozmawiasz.
- Nie mam obowiązku tego robić. Do tego nie chcę.
- Sheeiren, proszę. Usiądź.
Wyraźnie zastanawiała się nad tym chwilę. W końcu jednak odsunęła krzesło naprzeciwko mnie i usiadła powoli, nie zdejmując ze mnie wzroku.
- Dobrze. Czego chcesz?
Właśnie, dobre pytanie. Czego ja w ogóle chcę?
- Przeprosić się - wyparowałem, zanim się nad tym zastanowiłem. Nie planowałem tego.
- Żadne twoje przeprosiny nic nie naprawią - odparła sucho, jakby przygotowana na tej scenariusz. - Mam tylko nadzieję, że będziesz cierpiał równie mocno jak twój brat.
- Czyli to na pewno on, tak?
Uśmiechnęła się cynicznie, przypominając tym dawną siebie.
- Oczywiście, że tak - odparła pewnie. - Należało ci się.
Zacisnąłem pięści, powoli mając tego wszystkiego dość. Nie wiedziałem, że aż tyle spadnie na moje barki. Wszyscy, bez wyjątku, dookoła mnie cierpieli. W jakikolwiek sposób się ze mną zetknęli, kończyło się to źle. Do tego ja wcale nie mogłem się bronić, bo mieli rację.
- Jak twoja córka? Dobrze Sakura ją wychowała bez ciebie?
- Wiedziałaś - syknąłem, tracąc cierpliwość.
- Oczywiście, że wiedziałam. - Wywróciła oczami, jakby mówiła oczywistość. - Jedynie Dyara nie została o tym poinformowana, bo mogła się wyłamać i się do ciebie odezwać.
- To akurat mogliście sobie darować. Co teraz zamierzacie? W jakiś inny sposób uprzykrzać mi życie?
- W sumie, to jeszcze nie wiem - odparła bez wyrazu. - Ale patrząc na ciebie w tym stanie jest mi trochę lepiej.
- Bardzo się zmieniłaś, Sheeiren - powiedziałem dość cicho, lecz ona tylko zaśmiała się krótko i znów spojrzała mi w oczy.
- Ty za to wcale. Nadal jesteś skurwysynem, który rozbił mi rodzinę i przez którego prawie umarłam.
Nie odpowiedziałem jej na to. Nie wiedziałem co. Myśli kłębiły się w mojej głowie, ale nie na tyle, aby uformować je w słowa. Dyara miała rację. Imai nie była  tą samą osobą, którą kiedyś znałem.
- Mamo, powiedz Heiko, żeby dała mi pączka, bo mi powiedziała, że dostałam już dzisiaj dwa i starczy.
Obok nas pojawiło się dziecko, które jakby skądś kojarzyłem. Generalnie miałem wrażenie, że świat się na mnie mści i wszyscy mają dzieci. Może nie powinno mnie to dziwić, bo w sumie wszyscy moi znajomi zbliżali się do trzydziestki i był to czas na zakładanie rodzin i całą resztę związanych z tym rzeczy, ale gdy przez pięć lat byłem odcięty od normalnego życia i wpadłem w to teraz po uszy, czułem się zdezorientowany.
Dopiero po chwili zrozumiałem, że dziewczynka - może jedenastoletnia - mówiąca do Sheeiren “na ty”, to Riv.
- Skoro zjadłaś już dwa, to faktycznie ci starczy - odpowiedziała Sheeiren, a jej córka wyraźnie się skrzywiła. Spojrzała jednak na mnie, jakby wcześniej zupełnie ominęła moje istnienie. Przypatrywała mi się przez chwilę. Widziałem szok, który stopniowo malował się na jej twarzy.
- Ja cię znam - powiedziała i zmrużyła oczy. - Co tu robisz? Nie chcemy cię tutaj.
- Spokojnie, Riv - uspokoiła ją Sheeiren, choć byłem pewien, że tylko dlatego, aby nie robić awantury w jej lokalu. - Sasuke i tak już wychodzi.
- W ogóle nie powinien tutaj przychodzić - kontynuowała dziewczyna, gdy ja wciąż siedziałem w milczeniu. - Po co tu jesteś? Nikt cię tu nie chce.
- Grzeczniej Riv - stopowała ją Imai, choć widziałem jak drży jej kącik ust.
- Najpierw zabrałeś mi ojca, a potem matkę. - Ciemne włosy opadły jej na twarz. Szybko odgarnęła je ręką, prychając cicho. - Po co tu w ogóle przyszedłeś?
- Idź już, Sasuke - powiedziała wreszcie Sheeiren, przerywając ten mały spektakl nienawiści.
- Jak skontaktuję się z Itachim?
- Nie macie o czym rozmawiać.
Zakląłem pod nosem. Denerwowała mnie ta rozmowa z minuty na minutę coraz bardziej. Wiedziałem, że wiele rzeczy spieprzyłem, ale to co się tu przed chwilą odstawiło mnie po prostu rozeźliło. Najzwyczajniej w świecie.
- Pytam się: jak się z nim skontaktuję? - powtórzyłem, siląc się na opanowany ton.
Sheeiren wywróciła oczami i spojrzała na mnie z niesmakiem.
- Od razu jak cię zobaczyłam, to dałam mu znać. Powinien zaraz tu być.
Po tych słowach wstała i odeszła w stronę zaplecza. Riv poszła za nią, patrząc na mnie przez ramię ze spojrzeniem pełnym pogardy, o ile mogła zrobić to świeżo upieczona nasolatka. Wnioskując po tym, jaka stała się jego rodzina, bałem się, że Itachi również zmienił się nie do poznania, w zgorzkniałego, rozżalonego faceta, który wszystkie swoje uczucia zmienił w nienawiść, bo to proste, łatwe i wygodne.
Kelnerka zabrała pusty kubek z mojego stolika. Minuty mijały, a mojego brata nadal nie było. Nie zdziwiłbym się gdyby mnie teraz wystawił. Po tym co zobaczyłem, podejrzewałem, że dorównywał żonie pod względem charakteru, więc powinienem jakoś przygotować się na tę rozmowę.
Skończyło się to tak, że gdy Itachi wszedł do kawiarni, prawie zapomniałem jak się nazywam, nie wspominając o jakiejś konwersacji na poziomie. Wyglądał tak, jak się spodziewałem. W koszuli, marynarce, cienkim krawacie. Włosy luźno związał na karku, w ręce trzymał aktówkę. Kiedy usiadł bez słowa naprzeciwko mnie zobaczyłem też wyglądający na drogi zegarek i obrączkę ślubną, której wcześniej jakoś nie pamiętałem.
Kelnerka przyniosła i postawiła przed nim kawę, mimo że nawet o nią nie prosił. Miałem wrażenie, że cała obsługa skupiła się teraz na nas, co wyjątkowo dziś mi przeszkadzało. Itachi wciąż nie odezwał się, nawet nie mruknął czegoś na kształt przywitania, które mógłby wykonać w stronę brata, którego nie widział pięć lat. Zdjął marynarkę i rozpiął guzik koszuli pod szyją. W końcu spojrzał na mnie bez wyrazu, biorąc kubek do ręki.
- Dlaczego nachodzisz moją żonę w pracy? - spytał niskim, gardłowym głosem. Nie do końca takim go pamiętałem.
- Nikogo nie nachodzę - odparłem spokojnie, choć nie przestawałem analizować zachowania brata.
- A jednak tu jesteś.
- Co nie znaczy, że kogoś nachodzę.
- Wręcz przeciwnie. To dokładnie to znaczy.
Itachi upił łyk kawy i odstawił kubek z powrotem. Próbowałem ubrać myśli w słowa, ale czegoś takiego się nie spodziewałem po prostu. Itachi zawsze był dość chłodny w stosunkach międzyludzkich, lecz teraz jego zachowanie zaliczało się do zupełnie innej kategorii.
- Itachi, chciałem z tobą porozmaw…
- Trochę ci zajęło to chcenie - przerwał mi i spojrzał prosto w oczy.
Odkąd pamiętam pragnąłem jego aprobaty we wszystkim co robiłem. Jeśli on czegoś nie doceniał, do razu traciło to na wartości, nie było już tak istotne jak wcześniej. Nigdy nie chciałem być taki jak mój ojciec. Zawsze chciałem być taki jak mój brat i nic za bardzo nie mogłem na to poradzić. Mimowolnie czerpałem z niego wzór, więc gdy teraz patrzył się na mnie bez cenia czegoś pozytywnego, jakaś moja część umarła bezpowrotnie. Jedyne czym mnie obdarzył, to coś pomiędzy obrzydzeniem, a ignorancją. Jakbyśmy wcale nie byli braćmi, jakbym był dla niego nikim.
- Miałem pięć lat, żeby to wszystko przemyśleć - odparłem po chwili przerwy, nie znajdując odpowiedniejszych słów.
- A doliczyłeś czas mojego procesu i mojej odsiadki? Nie sądzę.
- Itachi… - zacząłem, ale głos uwiązł mi w gardle.
- Dzieciaku, po co tu przyszedłeś? - Itachi przekrzywił głowę, spoglądając na mnie z góry. - Dla mnie jesteś skreślony. Nie przyznałeś się do tego co zrobiłeś, tylko zostałeś złapany. Z jakiegoś powodu jestem pewien, że gdyby nie okoliczności, Sheeiren do końca życia mogłaby sądzić, że byłem winny, a ty patrzyłbyś na moje walące się życie bez mrugnięcia okiem. Naprawdę nie mamy o czym rozmawiać.
- Ita…
- Mylę się? Spójrz na mnie i powiedz, że się mylę.
Zacisnąłem pięści z bezradności. Mylił się. Oczywiście, że się mylił. Wiedziałem, że postąpiłem źle i miałem wiele do zadośćuczynienia i naprawdę jeszcze trochę i do wszystkiego bym się przyznał, przyjął karę, na którą całkowicie zasłużyłem. Ale on przecież mi nie uwierzy.
- Mylisz się.
- Nie masz już wstydu, co? - sarknął, jakby do siebie. - Wychowaliśmy się razem, myślałem, że cię znam, ale…
- Bo mnie znasz. - Zmarszczyłem brwi, czując, jak się ode mnie oddala. Jak ostatnie wiążące go ze mną choćby wspomnienia, nikną. - Wiem, że zrobiłem wiele złego, ale nie skreślaj mnie.
- Tak, jak ty skreśliłeś moje życie, małżeństwo? - Uniósł podbródek. Znów był chłodny i opanowany, traktując mnie jak kogoś gorszego. - Powtarzam: odzyskałem to wszystko tylko przez twoje potknięcie, a nie skruchę.
- Dlatego zrobiłeś co mogłeś, abym to ja nie miał do czego wrócić?
W moim tonie nie odnalazł nagany, urazy, nienawiści. Ot co, zwykłe pytanie.
- Dzięki tobie sądzę, że każdy na swój sposób może wyrażać sprawiedliwość, a przyznam szczerze, że trochę utrudnia mi to pracę.
- W porządku - odparłem, próbując zachować dla siebie wszelkie emocje.
- W porządku? - Uniósł brew. - Żadnych pretensji? Żalu? Rozpaczy, że pozbawiłem cię przez pięć lat kontaktu z bliskimi, co i tak nie sądziłem, że mi się uda?
- Tak, Itachi. Dokładnie tak.
To na chwilę zamknęło mojemu bratu usta. Widocznie nie tego się spodziewał.
- Zasłużyłem na to.  
Ciężko przeszło mi to przez gardło. W pace setki razy odtwarzałem w myślach tę rozmowę, ale w żadnym scenariuszu nie wyglądała ona jak ta prawdziwa.
- Tak, zasłużyłeś - potwierdził, choć lekko niepewnie. Widziałem jednak w jego oczach niemą zgodę na zakopanie tego wojennego topora i próbę rozpoczęcia normalnej rozmowy. - Sakura pewnie cię nienawidzi.
Skrzywiłem się ledwo zauważalnie, ale nie uszło to uwadze Itachiego.
- Można to tak ująć.
- Widziałem ostatnio twoją córkę.
Wyraźnie ocknąłem się na wzmiankę o Saradzie.
- Tak? Kiedy?
- Musiałem skontaktować się z Kirito z powodu sprawy, którą prowadzę i akurat trafiłem na kiepski moment.
- Co znaczy: kiepski?
- Kłócił się z Sakurą, ale ta najwyraźniej znowu zdążyła zadzwonić po Lorcana, bo przyjechał i obie je po prostu zabrał.
Zdążyła zadzwonić po Lorcana.
Obie je po prostu zabrał.
- O czym ty mówisz? - spytałem, siląc się na spokojny ton. Itachi przez ułamek sekundy wyglądał na zaskoczonego, ale szybko musiał połączyć fakty, ponieważ opanowanie prawie natychmiast wróciło na jego twarz.
- Nie znasz Lorcana?
- A niby skąd miałbym go znać?
- Celna uwaga - odparł i upił łyk kawy.
Milczał.
Pocieszeniem była informacja, że między Sakurą, a Kirito wcale nie układało się świetnie, dzięki czemu miałem pole do działania. Zresztą po tym, co zobaczyłem rano podejrzewałem, że sprawy mogły przyjąć taki obrót. Zupełnie jednak nie pomyślałem o możliwości pojawienia się kogoś z zewnątrz. Tak jakby taka opcja w ogóle nie zagościła w moim umyśle, przez co żaden plan awaryjny nie mógł zadziałać.
- Kim on jest? - spytałem cicho, choć mój głos zdecydowanie nie był spokojny. Był chłodny i niski. Celny na tyle, aby rozmówca zrozumiał, że ledwo trzymam nerwy na wodzy.
- Lorcan?
Po ustach Itachiego rzadko błąkał się uśmiech, ale tym razem naprawdę to robił. To samo widziałem dziś u Sheeiren, gdy odezwała się Riv. Jakby wiedzieli, że robią źle, ale przynosiło im to tyle satysfakcji, że przysłaniało wszystko inne. Przerażało mnie to.
- Tak, Lorcan - warknąłem, akcentując imię kolejnego mężczyzny, którego będę musiał się pozbyć.
- Nie wiem skąd się znają. Nie utrzymuję z Sakurą kontaktu. - Wzruszył ramionami, jakby była to drugorzędna sprawa. - Wiem tylko tyle, ile przekazała mi Sheeiren, a i ona gdzieś od kogoś to usłyszała.
- Czyli co dokładnie? - Zmrużyłem powieki, mając dość krążenia wokół tego tematu.
- To taki gość, który się pojawia i znika. Kiedykolwiek Sakura ma jakiś problem, to zjawia się niczym książę na białym koniu i zabiera ją dokądś praktycznie bez słowa.
Książę na kurwa białym koniu. Książę. Ja mu dam, książę.
- Sam możesz ją o to zapytać - dodał i kącik jego ust wreszcie drgnął, jakby nie mógł się już powstrzymać. - Chyba, że nie chce z tobą rozmawiać, to wtedy mógłby być problem.
- Może bym się tym martwił, gdybym nie był z nią dziś umówiony.
- W takim razie serdecznie trzymam kciuki.
- Chyba ich nie potrzebuję.
- Tak dobrze wam idzie?
- Domyślam się, że włożyłeś wszystkie swoje siły w to, aby tak nie było, ale tak. Nie narzekam - powiedziałem sucho, a on wypił duszkiem kawę do końca i wstał, poprawiając krawat.
- W takim razie nie mamy już o czym rozmawiać. - Wziął do ręki aktówkę i skinął na kelnerkę, aby zabrała kubek. - Potrzebujesz czegoś jeszcze?
Od ciebie? Podziękuję.
- To wszystko.
- Fantastycznie. - Itachi stanął do mnie bokiem i spojrzał, ledwo się odwracając. - Powodzenia Sasuke, czymkolwiek masz teraz zamiar się zajmować
Po czym skinął głową i ruszył w stronę drzwi dla personelu, gdzie niewątpliwie siedziała Imai. Nie czekał na moją odpowiedź. Po prostu odszedł.
Zacisnąłem usta i wstałem. W ostatnim momencie przypomniałem sobie o kurtce, którą miałem ze sobą, dzięki czemu nie musiałem się tam wracać. Gdy wypadłem na ulicę ruszyłem po prostu przed siebie, chcąc jak najbardziej oddalić się od tego miejsca. Miałem ochotę w coś uderzyć. Chciałem znowu mieć ją w ramionach i powrócić do ranka, gdy mogłem wtulać twarz w jej włosy i skupiać się tylko na tym, co tu i teraz. Nie na konfrontacji z bratem, nie na pewnej kłótni z Kirito. Chciałem tylko mieć ją dla siebie i być pewnym, że nikt mi jej nie zabierze. A nie miałem nawet tyle.
Całkowicie otępiały wróciłem do domu Raydera. Nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Myśli o facecie imieniem Lorcan, który to niby pomagał Sakurze za każdym razem, gdy tego potrzebowała doprowadzały mnie do szału. Najpierw znalazła sobie Kirito, teraz jego. Gdzie w tym wszystkim miejsce dla mnie?
W każdym aspekcie jej życia mnie brakowało. Czy to w codziennym czy okazjonalnym, czy wtedy gdy się cieszyła, czy smuciła. Nie było mnie. Tak jakbym dopiero teraz skonfrontował się z rzeczywistością. Właśnie zrozumiałem, że to pięć lat spędziłem w ułudzie. Zniknąłem dla niej na całe pieprzone pięć lat, najbardziej realnie jak to było możliwe. To ja czekałem na nią, a nie odwrotnie.
Próbowałem jakoś się uspokoić. Wiedziałem, że nie mogę się niczego napić, bo Haruno w mig to wyczuje i na pewno nie będzie chciała ze mną przez to rozmawiać, a wolałbym nie być spalony na samym starcie, choć obawiałem się, że na chwilę obecną moja sytuacja i  tak była już w opłakanym stanie.
Rayder wrócił do mieszkania lekko podkurwiony. Generalnie mruczał coś pod nosem, nie szczędząc sobie przekleństw. Wstałem sprzed telewizora i poszedłem na korytarz, gdzie Hatake właśnie zdejmował buty. Gdy na mnie spojrzał byłem już definitywnie pewien, że coś poszło nie tak. Zastanawiałem się tylko, jak bardzo.
- Jest źle? - spytałem, wydawało mi się, że luźnym tonem.
- Jest beznadziejnie.
- W skali od jeden do dziesięciu?
- W skali od  “spierdalaj Uchiha” do “cześć Sasuke” jest “spierdalaj Uchiha” - mruknął i rzucił kurtkę na szafkę obok.
- Ciebie też miło widzieć - odparłem i poszedłem za nim do kuchni.
Tam Rayder bez słowa otworzył lodówkę i wyjął z niej zimne piwo. Usiadł przy małym stoliczku pod oknem i oparł się plecami o ścianę. Ja za to oparłem się barkiem o futrynę i czekałem na dogodny moment, aby się odezwać.
Z racji, że dogodny nie nadszedł, postawnowiłem, że zaryzykuję.
- No? Co jest?
- No nic właśnie nie jest, Uchiha. - Rayder pociągnął solidny łyk piwa. - Byłem na spotkaniu z gościem, z którym kiedyś współpracowałem.
- Mówiłem, że koniec z przemytami. - Zmarszczyłem brwi, na co on przewrócił oczami.
- Z początku przecież robiłem wszystko legalnie, no - żachnął się niby szczerze dotknięty. - Miał dać mi teraz hajs na rozkręceniu tego biznesu, no.
- Stary - jęknąłem. - Naprawdę sądziłeś, że pójdziesz do gościa, którego nie widziałeś iks lat, poprosisz o spory kapitał na start i już?
- Szczerze mówiąc, to tak.
Nastała symboliczna chwila ciszy dla jego logiki.
- Nie no, tak naprawdę to wisiał mi przysługę. I trochę go nastraszyłem.
- Rayder!
- Ale troszkę, przysięgam! - Wyciągnął przed siebie ręce w obronnym geście. - Ale okazało się, że ma na mnie jakiegoś haka, no. I tyle z tego szan… tej umowy! - poprawił się szybko.
- Opowiedz mi co to za firma. - Usiadłem naprzeciwko niego, próbując podejść do tego wszystkiego racjonalnie.
- No bo my byśmy warsztat samochodowy otworzyli. - Uniosłem pytająco brew, bo sam wcześniej też o tym myślałem, tyle że nie jakoś bardzo przyszłościowo.
- Gdzie? Z kim? Kogo byśmy zatrudnili? Na jakiej zasadzie?
Opowiedział mi plus minus swój plan. Brzmiało to całkiem całkiem, składało się do kupy, mogło nawet wypalić. Problemem był brak pieniędzy na otworzenie tego bajzlu. Rayder nie wiedział, że miałem zamrożoną kasę na koncie. Nie czułem się w obowiązku mu tego mówić. Miałem co prawda zamiar wyremontować tę ruderę, w której mieszkaliśmy, ale otwieranie firmy za tę mamonę trochę gryzło się z moim wcześniejszym postanowieniem.
- I jaki jest teraz plan? - spytałem go po jakimś czasie, gdy kończył już butelkę piwa.
- Nie wiem, myślę - odparł trochę zrezygnowany. - Naprawdę nie chciałbym już kombinować.
- Przed chwilą opowiadałeś mi, że nie udało ci się zastraszyć jakiegoś gościa…
- O,o, od razu zastraszyć - mruknął  i westchnął przeciągle. - Ty. - Odwrócił się w moją stronę z szerokim uśmiechem. - Idziesz zobaczyć się dziś z tą swoją lasią?
Przewróciłam oczami zniesmaczony.
- Nie mów tak o niej.
- No stary, wybacz. Miła jest, ładna, nogi ma boskie, ale no ja bym był lekko uprzedzony.
- Taaa, teraz to ja też trochę jestem - odparłem, drapiąc się po karku. - Jest jeszcze jakiś inny gość, który podobnież zawsze jej pomaga, gdy trzeba. Pojawia się i znika, ale zawsze może na niego liczyć i tak dalej. Pierdolenie. - Machnąłem ręką, nie chcąc się w to zagłębiać.
- Cooo? Kolejny? - Rayder spojrzał na mnie podejrzliwie. - Zdzira alert, zdzira alert.
- Przestań.
- Zdzira alert.
- Sklej mordę, Rayder - warknąłem, a on dopiero wtedy się zamknął.
- A tak serio, to jest warta tego wszystkiego? Bo zaczynam wątpić.
- Ja powoli też.
Wstałem i wyszedłem z kuchni, kierując się do pokoju z telewizorem, który ciągle odpalony grał właśnie jakąś reklamę czajnika. Położyłem się na kanapie i próbowałem skupić na jakimś serialu, który leciał, ale wychodziło mi to mocno średnio. Czas mijał mi katorżniczo wolno, więc już o siedemnastej wyszedłem z mieszkania, choć dotarcie tam mogło zająć mi maksymalnie pół godziny.
Rayder bez problemu dał mi samochód, na szczęście zatankowany. Dojechałem pod park za dwadzieścia siedemnasta, bo korki na mieście okazały się jednak bezlitosne. Doszedłem do wniosku, że bezpiecznie będzie poczekać na razie w aucie, tak na wszelki wypadek. Prawda była taka, że w środku cały się trzęsłem, ponieważ wizja spotkania zdawała mi się coraz bardziej kiepska.
Co jej powiem?
O co zapytam?
Dam radę nie zapytać o kolejnego gościa, którego najprawdopodobniej owinęła sobie wokół palca? Na samą myśl o tym coś we mnie się kotłowało. Już ustaliłem plan, jak wyrwać ją ze szponów Kirito, ale nie uwzględniałem tam kolejnego faceta.
Kilka minut przed osiemnastą wyszedłem z samochodu. Oparłem się o maskę i lustrowałem uważnie otoczenie, nie chcąc stracić choćby sekundy możliwości patrzenia na tę kobietę, która od momentu, gdy pojawiła się w moim życiu, zaczęło ono nieustannie i nieuchronnie chylić się ku upadkowi. Od jakiegoś czasu powtarzałem sobie, że osiągnąłem już to największe dno, że nie mogłem jeszcze bardziej czegoś spieprzyć, a tymczasem minuty mijały, a Sakury wciąż nie było.
Może specjalnie mnie wystawiała? Może naprawdę słowa “ostatni raz” były w stu procentach prawdziwe? Na samą myśl coś skręciło mnie w żołądku. Nie, to przecież bez sensu. Gdyby tak postanowiła, to z pewnością rano zachowywałaby się inaczej. Pobudka wyglądałaby inaczej, śniadanie również, więc dlaczego dwadzieścia po szóstej wciąż jej nie było?
Postanowiłem przejść się po parku. Może po prostu czekała na mnie tylko gdzie indziej? Łudziłem się, że tak było, ale z każdym kolejnym krokiem upewniałem się, że jej po prostu nie było. Mijali mnie coraz to inni ludzie, lecz żaden z nich nie był nią. Im bardziej to do mnie docierało, tym bardziej miałem ochotę wrócić do pierdla ze świadomością, że ona na mnie czeka, niż teraz stanąć twarzą twarz z faktem, że byłem dla niej nikim.
Gdy wróciłem do samochodu zacisnąłem dłonie na kierownicy. Oddychałem szybko, mimo że próbowałem pohamować złość. Po chwili zrozumiałem, że to nie tylko złość, ale i żal, co tylko spowodowało, że zdenerwowałem się jeszcze bardziej.
Tak chciała ze mną pogrywać? Potraktować mnie jak śmiecia, skoro wiedziała, że przyjdę? To nie było w jej stylu, choć co ja mogłem wiedzieć. Bałem się, że już jej nie znam. Tak naprawdę w głębi siebie byłem tego pewien, ale przyznanie się do tego wymagało odwagi, którą już raz mi odebrano i jak do tej pory uczę się żyć z tym brakiem.
Niewiele myśląc odpaliłem silnik, wykręciłem i ruszyłem w stronę jej domu. Nie chce się ze mną widzieć? Gardzi? To niech mi to powie prosto w twarz. Jeśli to prawda, to czemu rano zachowywała się tak… idealnie? Czemu stanęła między mną a Kirito?
Zaparkowałem pod jej domem i odetchnąłem, nie widząc samochodu blondyna. Przynajmniej raz mi nie przeszkodzi. W końcu chciałem z nią tylko porozmawiać.
Podszedłem do furtki i nacisnąłem przycisk domofonu. Rozległa się krótka melodyjka, ale nikt się nie odezwał. Zadzwoniłem raz jeszcze. Słyszałem dochodzącą ze środka muzykę, więc logicznie rzeczy biorąc - skoro nie było Kirito - to Sakura powinna. Pierwsze co przyszło mi na myśl, to to, że naprawdę celowo mnie wystawiła i nie miała nawet zamiaru otworzyć mi drzwi. Podkurwiło mnie to, nawet się nie bronię.
Popchnąłem furtkę, ale ta nie ustąpiła, mimo że miałem nadzieję na zepsutą bramę.
- Mogę w czymś pomóc?
Odwróciłem się i uniosłem brew, patrząc na jakiegoś bruneta pod trzydziestkę o najjaśniejszych oczach jakie kiedykolwiek widziałem. Zdziwiło mnie to trochę i dopiero po chwili zauważyłem, że był ode mnie kilka centymetrów wyższy.
- Możesz powtórzyć? - spytałem, prostując się.
- Nie sądzę, abyś był tu mile widziany, więc pytam, czy mogę ci w czymś pomóc?
Zdębiałem.
- Za kogo ty się do cholery uważasz? - warknąłem i zmrużyłem oczy.
- Faktycznie jesteś impulsywny. To przejaw strachu w tym momencie, dość niepożądane uczucie, jak na teraz - odparł spokojnie, zupełnie olewając moje pytanie.
Miał na sobie czarną koszulę, jak i tego samego koloru spodnie. Włosy wpadały mu na oczy przez co wyglądał młodziej, ale ja nie dałem się podejść. Miałem zamiar trzymać go na dystans. Działał mi na nerwy.
- Czemu mówisz, jakbyś mnie znał? - mruknąłem.
- Bo cię znam, choć nigdy wcześniej cię nie widziałem. - Wzruszył ramionami, tym samym dając mi coraz bardziej do zrozumienia, że nie brał mnie na poważnie.
Jawnie traktował mnie z góry. Cała jego postawa i ton świadczyły o tym, że czuł się ode mnie lepszy, jakby faktycznie wiele o mnie wiedział, co tylko dodatkowo podniosło mi ciśnienie.
- A kim ty niby jesteś? - spytałem, tym razem panując nad głosem.
- Lorcan, miło mi.
Skinął lekko głową. Nawet nie wyciągnął do mnie ręki.
Skurwiel.
- Ach, to ty - odparłem, próbując nie dać po sobie znać, jak bardzo nim gardzę.
- Słyszałeś o mnie? - Zmarszczył brwi, choć szybko powrócił do beznamiętnego wyrazu twarzy.
- Przewinąłeś się gdzieś jako temat poboczny.
- Ah. Rozumiem.
- O naprawdę?
- O naprawę to pytam, co tu robisz. - Założył ręce na piersi, a ja zacisnąłem pięści.
Jego głos przyprawiał mnie o jakąś dodatkową agresję. Jakbym znał swój limit, ale przez jego ton ten drastycznie rósł. Interesująca przypadłość.
- Przyszedłem zobaczyć się z Sakurą - powiedziałem spokojnie, ale wychwyciłem w jego oczach rozbawienie. Oczywiście udałem, że nic nie zauważyłem. Grunt to prezencja.
- Dlaczego miałaby się z tobą widzieć?
- Może dlatego, że zaproponowała spotkanie?
- W domu Kirito?
Cholera.
Przecież nie mogłem mu powiedzieć, że mnie wystawiła. Wyszedłbym na kompletnego kretyna. Do tego on sprawiał wrażenie, jakby naprawdę wszystko o mnie wiedział, co tylko komplikowało sprawę.
- A dziwi cię to? - spytałem, chcąc grać na zwłokę.
- Bardzo - odparł lekko. - Nawet jej przyjaciółki tam nie wchodzą.
Udałem, że mnie to nie zszokowało.
- One nie, a ty niby tak? - Spróbowałem go sprowokować.
- Bo ja, Uchiha Sasuke, Jestem wyjątkowy.
Po tych słowach podszedł do domofonu i wstukał kod. Furtka otworzyła się, a on przechodząc na teren posiadłości spojrzał na mnie przez ramię. Ciągle cholernie rozbawiony, mimo, że objawiało się to tylko uniesieniem kącika ust. Pieprzony dupek. Ja mu jeszcze pokażę.
Weszliśmy po trzech schodkach na ganek. Stanęliśmy oboje przed drzwiami i zrobiło się co najmniej niezręcznie. Muzyka ciągle dochodziła do nas przez otwarte okna, ale nikt nam nie otworzył, nawet gdy Lorcan zadzwonił dzwonkiem.
- Widziałeś się z nią już? - spytał, chyba chcąc przerwać milczenie.
- Tak - odparłem luźno.
- Raz?
Liczyć poranek jako trzecie spotkanie?
- Trzy?
- Zastanawiające - mruknął, choć ciągle był idealnie odgrodzony ode mnie i jakichkolwiek emocji. Na szczęście nie byłem mu dłużny.
- Niby dlaczego?
- Na moich sesjach zastrzegła, że nie odnowi z tobą kontaktu.
Uniosłem brew, a on kolejny raz nacisnął przycisk dzwonka.
Chwila, sesjach?
- Kto tam? - rozległo się wołanie zza drzwi. Wzdrygnęłam się, słysząc głos Sarady. Coś co bardziej na mnie wpłynęło to fakt, że wyczułem w nim płaczliwy ton.
- Tu Lorcan. Otwórz, Sarada - powiedział głośno brunet, chcąc przekrzyczeć muzykę. Też wyczuł, że coś było nie tak. Wyraźnie się spiął.
- Nie mogę, nie mam kluczy, a mama nie chce się obudzić. - Od razu po tych słowach usłyszeliśmy pukanie w szybę. Oboje podeszliśmy do okna, do którego od drugiej strony przywarło rozpłakane dziecko. - Nie mogłam po nikogo zadzwonić, bo nie mogę znaleźć jej komórki, a ona się nie budzi. Krzyczałam, ale nikt mnie nie słyszał, to włączyłam głośno muzykę.
Łzy płynęły po jej policzkach, całe jej ciało dygotało. Wyraźnie nie mogła się uspokoić. Przez chwilę nie wiedziałem co robić. Czułem jakby wszystko działo się bez mojego udziału.
- Drzwi - szepnął Lorcan i tym razem już gołym okiem widziałem, że był przejęty. - Mają tylne drzwi. Łatwiej je wyważyć.  
Nie mówiąc nic więcej rzucił się do biegu. Nie miałem zamiaru zostać w tyle, więc pobiegłem za nim. Okrążyliśmy dom. Lorcan szarpnął za klamkę, ale nic to nie dało.
- Trzeba je wyważyć - powiedział cicho, jakby do siebie, choć ja sam dobrze zrozumiałem przekaz.
Brunet cofnął się o kilka kroków, po czym z rozpędu kopnął w drzwi. Te zaskrzypiały, ale nie ustąpiły.
- Czekaj - powiedziałem, gdy się odsunął, i zrobiłem to samo.
Ani drgnęły.
- Cholera - syknął Lorcan.
Czułem jak znów coś mi ucieka, na co znów nie mam wpływu. Nie umiałem ubrać tego co odczuwałem w myśli, a co dopiero w słowa. Dawno tak bardzo się nie bałem. Będzie z pięć lat.
Lorcan znów z rozbiegu zasadził kopniaka w drzwi, które tym razem jakby bardziej się poluzowały. Zrobił mi miejsce, abym zrobił to samo. Gdy mi się udało wpadłem do środka razem z drzwiami i wylądowałem na posadzce. Przywaliłem kolanem w kafelki, aż noga na chwilę mi zdrętwiała.
Syknąłem coś pod nosem. Brunet minął mnie w przejściu i wszedł do środka.
- Sarada! - zawołał i nim się podniosłem, dziewczynka pojawiła się za rogiem. Nawet mnie nie zauważyła. Od razu popędziła do Lorcana i rzuciła mu się na szyję.
Natychmiast wstałem i bez słowa ruszyłem w głąb domu. Minąłem jakiś wąski korytarz. Coś zrzuciłem. Moje ruchy były chaotyczne, niespójne. Coś chyba się stłukło. Wszedłem do holu z wysokim sufitem całym w lustrach. Przez chwilę poczułem coś jak atak klaustrofobii, której nigdy nie miałem, ale szybko się otrząsnąłem. Ruszyłem w prawo, gdzie wydawało mi się, że był salon. Rozglądałem się nerwowo dookoła, biegiem przemierzając kolejne metry.
Kiedy ją zobaczyłem, zatraciłem już zupełnie zdolność logicznego myślenia. Ból w kolanie jedynie się zwiększył, gdy upadłem na panele zaraz obok niej.
Zacząłem maniakalnie powtarzać jej imię, nie wiedząc nawet co robić. Jedyne co przyszło mi na myśl, to podniesienie jej do pozycji półsiedzącej. Chciałem ją przytulić, nie wiem dlaczego sądziłem, że jej to pomoże. Ciało Sakury było wiotkie. Ciągle do niej mówiłem, ale bezskutecznie.
Muzyka ucichła, w przejściu pojawił się Lorcan. Sarada obejmowała go za szyję i na mój widok zesztywniała.
- Tata - powiedziała cicho, jakby nie do końca dowierzając.
- Karetkę, dzwoń po karetkę, Lorcan - szepnąłem ze ściśniętym gardłem, ciągle tuląc Sakurę do siebie.
Brunet odstawił dziewczynkę na podłogę i zaczął po kieszeniach w pośpiechu szukać telefonu. Poczułem, jak Sarada dotyka mojego ramienia, choć jej nie widziałem. Stała za mną i zaciskała pięść na materiale mojej koszulki.
- N-nie wiedziałam co robić - powiedziała tak cicho, że ledwo mogłem ją usłyszeć.
- Kurwa, zostawiłem telefon w aucie - warknął Lorcan.
- Ja też - odpowiedziałem, lecz on już biegł do samochodu.
- Zrobiłaś wszystko co trzeba - odpowiedziałem po chwili dziecku, które nachyliło się w stronę Sakury.
- Zawsze szybko się budzi, ale dzisiaj jakoś nie.
- Zawsze? - spytałem, coraz bardziej obawiając się o Haruno. Oddychała, ale była nieprzytomna.
- Tak, ona…
Poczułem ruch. Z powrotem spojrzałem na Sakurę, która patrzyła na mnie spod półprzymkniętych powiek, delikatnie ruszając dłonią.
- Mama! - krzyknęła Sarada, ale wbrew temu co sądziłem nie przytuliła się do matki, a pobiegła gdzieś, chyba do kuchni.
- Sakura, dzięki Bogu. - Przytuliłem ją do siebie, lekko kołysząc. Gładziłem jej włosy, dłuższe niż kiedykolwiek. Bezwładna w moich ramionach pozwoliła mi na to wszystko, a przerwała to dopiero Sarada, która upadła obok nas z butelką coca-coli i landrynkami.
- Nie dzwońcie na pogotowie, wszystko będzie dobrze. - Usłyszałem przy uchu delikatny szept Sakury.
Niczego nie rozumiałem.
- Chodź, mama.
Patrzyłem jak Sarada pociąga Haruno za ręce, aby usiadła. Pomogłem jej oczywiście utrzymać ją w pionie.  Dziewczynka odkręciła butelkę i trzymała ją przy ustach Sakury, aby ta piła. A ona piła, piła i piła. Z dobry litr na raz.
- Mama, cukierki. - Dziecko wcisnęło Sakurze do ust garść landrynek i wyraźnie spokojniejsze usiadło, jakby czekało na rezultat.
- Halo. Tak. Przyśliście karetkę na…
- Poczekaj - powiedziałem do Lorcana, który z powrotem pojawił się w pokoju.
- Sakura, matko boska. Czemu znowu to zrobiłaś? - Lorcan zakończył połączenie, tak jakby wiedział co się działo. Czułem się maksymalnie skołowany. Maksymalnie wykluczony z jej życia.
- Shhh - uciszyła nas, po czym znów opadła w moje ramiona, tym razem wtulając się z własnej woli.
Lorcan musiał wyczuć moje zdezorientowanie, ponieważ nie rzucił żadną konkretną uwagą, a jedynie patrzył na nas w milczeniu. Sarada, ciągle siedząc obok, uniosła dłoń i włożyła ją Sakurze we włosy.
- Mama, znowu mnie wystraszyłaś.
- Przepraszam - szepnęła Haruno, zaciskając dłoń na mojej podkoszulce.
Po Saradzie już prawie nie było widać śladu płaczu. Siedziała teraz spokojnie, wyglądając na zrelaksowaną. Dopiero teraz skupiła na mnie swoją uwagę.
- Cześć - powiedziała, coraz bardziej sprawiając wrażenie zadowolonej i pomachała mi, mimo że byłem na wyciągnięcie ręki. Nasze kolana prawie się stykały.
- Cześć - wychrypiałem z nadmiaru emocji, które uderzyły mnie obuchem w tył głowy.
- Mama mówiła, że dziś cię zobaczę, ale trochę źle wyszło - odparła i na czworakach podeszła tak, aby być obok mnie.
Lorcan wciąż obserwował wszystko w milczeniu.
- Dobrze, że przyjechałeś.
Wciąż nie potrafiłem się do niej odezwać. Sakura nadal leżała na moich kolanach z twarzą wtuloną w moją pierś, a dziecko, które mogłem przecież nazwać swoją córką właśnie oparło twarz o moje ramię, jakby była to najprostsza rzecz na świecie.
- Mama zawsze mówi, że jestem taka ładna po tobie - szepnęła konspiracyjnie, jakby całe to zajście przed chwilą w ogóle nie miało miejsca, tak jakby przełączyła nastrój niczym przełącznik. Ja jednak nie mogłem się przestawić. Ciągle byłem w szoku. - I w sumie to jesteś ładny, tata. Ale mama też jest ładna, to jest po równo. - Tkwiłem już w bezruchu. Miałem wrażenie, że mój mózg dostał tak wiele sprzecznych bodźców, że zwarcie które nastąpiło w efekcie odcięło mi możliwość podejmowania decyzji. - Miałam ci tego nie mówić, bo to miała być tajemnica, ale teraz mama mnie nie uciszy, to ci powiem. - Zbliżyła się jeszcze bardziej. - Zawsze jak chrapie i mówię jej, żeby przestała, to mi mówi, że to przez ciebie, bo od ciebie się nauczyła.
Lorcan parsknął. Ja zbaraniałem jeszcze bardziej.
- Podniesiesz mnie z podłogi? - Wzdrygnąłem się, słysząc słaby głos Sakury.
Spojrzałem na jej twarz, w jej oczy. Wyglądały na zmęczone, ale Haruno uśmiechnęła się do mnie lekko, a co najważniejsze szczerze. Poczułem, że żyję. Uniosłem dłoń i dotknąłem jej policzka. Przymknęła na chwilę powieki po czym wyciągnęła do mnie rękę, aby opleść nią moją szyję. Złapałem ją w pasie i pod kolanami, po czym podniosłem się z podłogi z cichym lękiem. Obity staw przypomniał o swoim urazie, ale zignorowałem ból, wiedząc, że trzymam w rękach cały mój świat. No, pół. Druga część stała teraz obok wczepiona w moją nogawkę.
Lorcan wreszcie się odezwał, choć nie mógł poskąpić sobie długiego westchnienia.
- Chodź. Zaprowadzę was do sypialni i…
- I co?
Nie słyszałem dźwięku otwieranych drzwi. Lorcan wyłączył muzykę zanim wszedł do salonu, więc nic nie zakłócało ciszy. Kirito jednak bezdźwięcznie wszedł do - bądź co bądź - swojego domu i odezwał się, mimo, że jeszcze nas nie widział. Jego głos dochodził gdzieś od strony wejścia.
Dopiero, gdy stanął w przejściu i spojrzał na naszą trójkę coś w nim pękło. Patrzył bez słowa to na mnie, to na Lorcana, który ciągle niczym oaza spokoju podpierał barkiem ścianę. Sam nie wiedziałem co powiedzieć. Sytuacja była dziwna. Raczej na statystyczną kobietę nie przypadało trzech mężczyzn.
Nerwowe milczenie przerwało ciche mruknięcie Sarady, która postąpiła krok do tyłu, schowała się za mną i nie spuszczając spojrzenia z Kirito, szepnęła:
- No to będzie dym.

***
Dym nie dym, może być ciekawie XD
Jest i obiecany Lorcan, mam nadzieję, że go polubicie, bo ma potencjał jak Rayder, choć może nawe i większy. Sama nie jestem pewna. Bardzo chciałabym nie skopać tej postaci XD
No. To byłoby tyle na dziś.
Żegnam!