14.12.2017

II XXII - AND SATISFACTION FEELS LIKE A DISTANT MEMORY



Cała ta sytuacja przywodziła mi na myśl jakiś kiepski filmowy scenariusz, gdzie budżet przeznaczony na reżyserkę był naprawdę okrojony. Wszystkie możliwe zbiegi okoliczności ziściły się, niefortunne słowa zostały powiedziane, a pomiędzy tym wszystkim  ja z kobietą na rękach, do której prawa podobno mógł rościć inny mężczyzna. Prawdziwy seans ironii losu, odcinek pierwszy.

- Chcę usłyszeć wyjaśnienia. Natychmiast.
Kirito, który stał w przejściu sprawiał wrażenie, jakby to co zobaczył nie tyle go zaskoczyło, co po prostu zdenerwowało, doprowadzając do coraz bardziej rosnącej wściekłości, która kipiała z niego, co widziałem gołym okiem. Zaciskał i rozluźniał pięści, spoglądał co rusz na mnie i Lorcana, jakby czekając, aż któryś z nas się do czegoś przyzna.
Psycholog stał przy ścianie, dokładnie tak samo jak wcześniej. Jego twarz wyrażała zimne wyrachowanie, ale w oczach dostrzegłem dobrze kryte zainteresowanie, jak i coś na kształt kalkulacji, jakby oceniał kto wygra dzisiejsze starcie. Problem polegał na tym, że to nie była żadna walka. Co najwyżej mierna próba sił, i to ze strony Kirito. Nie zamierzałem nic mu udowadniać. Byliśmy dorośli, każdy decydował za siebie. Jedynym jego asem w rękawie był fakt, że znajdowaliśmy się na terenie jego posiadłości.
- Coś długie to natychmiast - syknął, szybko sięgając do szyi, aby zdjąć krawat, jakby nagle zaczął go uciskać. Zrobił to jednak nieumiejętnie, przez co pętla jedynie się zacisnęła. Warknął coś pod nosem, dalej szarpiąc za materiał.
Gdy w końcu się go pozbył, a wciąż nikt się nie odezwał, wściekle rzucił krawat na ziemię i uniósł na nas wzrok. Tym razem chyba chciał krzyknąć, ale ubiegła go Sakura, która z wyraźnym trudem powiedziała:
- Wszystko jest w porządku. Sasuke, Lorcan. - Nawet na nas nie spojrzała. Wymieniła jedynie nasze imiona, jakby równie dobrze mogła wstawić tam inne losowe dwa. Trzymałem ją w ramionach, a nie zasłużyłem nawet na gram jej uwagi. - Możecie już iść, dziękuję za pomoc.
- Jaką pomoc? - Wtrącił się Kirito, mimo że to nie do niego kierowane były te słowa.
- Mama zasłabła - wyrzuciła z siebie ze złością Sarada, która do tego czasu zachowała milczenie.
Blondyn, wnioskując po jego reakcji, dopiero teraz zauważył, że dziewczynka w ogóle znajdowała się w pokoju. Zmiana jego mimiki była natychmiastowa. Wściekłość stała się zdziwieniem, które przerodziło się w troskę. Wydawało mi się nawet, że prawdziwą, ale nie miałem zamiaru mówić tego głośno.
- Sakura? - szepnął i postąpił krok do przodu.
- Wszystko j…
- Sasuke, zanieś ją do sypialni - wtrącił się Lorcan, który zrezygnował z biernego stania pod ścianą, na rzecz podejścia do Kirito i położenia mu ręki na ramieniu. - Ja muszę z nim porozmawiać.
- Jestem tutaj - warknął Kirito, ale jego przyszły towarzysz rozmowy nic sobie z tego nie zrobił.
- Wiem. To dlatego powstało całe to zamieszanie - przytaknął mu brunet, kiwając ręką na korytarz. - Do końca i w prawo. - Skinął na mnie głową.
Może powinienem powiedzieć coś Kirito. Może powinienem zrobić coś innego niż po prostu podążenie do sypialni z nią na rękach, pilnując, aby Sarada poszła z nami. Wydawało mi się, że Sakura nie mogła być jeszcze bardziej osłabiona niż przed chwilą, lecz teraz odnosiłem zdecydowanie przeciwne wrażenie. Opadały jej powieki, jej ciało stawało się wiotkie.
Gdy mijałem Kirito, jego spojrzenie nie opuściło mnie nawet na sekundę. Czujnie mi się przyglądał, choć mogłem przysiąc, że w jego oczach czaił się mord, którego wcześniej u niego nie widziałem. Jednak jedyne co zrobiłem, to poprawiłem chwyt i skierowałem się przed siebie. Sarada grzecznie dreptała za nami, choć wyminęła mnie przy drzwiach, aby je otworzyć. Unikała mojego spojrzenia. Ramiona miała przygarbione, choć starała wyglądać się, jakby nic się nie stało. Wziąłem to za kolejny powód, aby nienawidzić blondyna.
Sarada podeszła do dużego małżeńskiego łóżka i bez wahania odkryła kołdrę tak, abym mógł położyć tam Sakurę. Gdy to zrobiłem, Haruno westchnęła lekko, ale z wyraźną ulgą rozluźniła się na materacu. Przykryłem ją i chciałem się wyprostować, lecz delikatnie złapała mnie za dłoń, wciąż mając zamknięte oczy. Nie prostestowałem i usiadłem na granicy łóżka. Obejrzałem się za siebie, gdzie stała Sarada, niepewna co zrobić. Wyciągnąłem do niej rękę, a ona bez wahania podeszła i wyciągnęła do mnie ramiona. Wspięła się po moich kolanach i przylgnęła do mojego torsu, mocno zaciskając palce.
Czułem się w tym wszystkim taki nowy, niedoskonały. Tak bardzo nie wiedziałem co zrobić, co powinienem i czy na pewno pokrywało się z tym, czego chciałem. Uścisk Sakury zelżał, ale wciąż go wyczuwałem. Zbierałem się w sobie, żeby coś powiedzieć, ale nagle żadne słowo nie było wystarczająco dobre, jakby zabrakło mi podstawowej umiejętności tworzenia z nich zdań, które miały odzwierciedlać myśli. Problem polegał chyba na tym, że uczucie dezorientacji pozbawiło mnie logicznego myślenia.
Potarłem kciukiem wierzch dłoni Sakury, mając nadzieję, że wszystko zrozumie, że zostanę z nią ile będzie trzeba, że powie tylko słowo, a zabiorę ją i Saradę choćby na koniec świata. Ona jednak, kiedy lekko uchyliła powieki, nie wyglądała, jakby chciała powiedzieć właśnie to.
- Dziękuję, Sasuke - szepnęła i poprawiła się na poduszce z cichym jękiem.
- Na co jesteś chora? Co się w ogóle stało? - spytałem równie cicho. Gdy sama zaczęła rozmowę, jakoś łatwiej było mi odpowiedzieć.
- To tylko cukrzyca. - Poczułem, jak Sarada nabiera powietrza.
- Nie tylko - powiedziała dziewczynka, mocniej wtulając policzek w moją klatkę piersiową. - Nie chciałaś się obudzić, tak się bałam. - Zabrałem dłoń i obiema rękami przytuliłem ją do siebie. Nie wiedziałem nawet, czy robiłem to dobrze. Mimo to spróbowałem, mając nadzieję, że wykonałem dobry ruch. - Pierwszy raz tak bardzo nie chciałaś się obudzić.
- Ćśśś. - Sakura uśmiechnęła się blado, wpatrzona w nią z troską. - Córeczko, przecież wiesz, że nic mi się nie stanie.
Córeczko.
- Już ci nie wierzę - wyrzuciła z siebie Sarada, mocno zaciskając powieki. - Już ci nie wierzę.
- Zajmę się mamą - powiedziałem, choć dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z wagi tych słów. - Już nic jej się nie stanie. - Z wahaniem uniosłem rękę i wplotłem palce we włosy Sarady, powoli głaszcząc ją po głowie. - Już nic wam się nie stanie.
- Dobrze, wierzę ci. - Dziecko odsunęło się i spojrzało na mnie pewnie, oczami bliźniaczo podobnymi do moich, przez co odebrałem to wszystko chyba mocniej niż powinienem. - Ty jeszcze mnie nie zawiodłeś. Nie chciałabym, żebyś to zrobił, tato.
Tato.
Poczułem jak tracę mentalny grunt pod nogami, jak znowu nie potrafię się odezwać, a jedynie uciekać spojrzeniem, aby nie musieć wyjść na spotkanie wzrokowi Sakury, który niewątpliwie ślizgał się po mojej sylwetce, czekając na moje potknięcie.
- Sakura, co mam robić? - spytałem cicho, poddając się już teraz. Byłem gotów zrobić wszystko, o co tylko poprosi, powiedziałem jej to przecież wcześniej. Chciałem w końcu wiedzieć, w którym kierunku działać. Męczyła mnie niewiedza i niepewność.
- Oboje z Lorcanem wyjdźcie, żeby tylko nie zdenerwować Kirito i udawajcie, że nic się nie stało.
Dobra, tego się nie spodziewałem.
- To jakiś nonsens.
- Pytałeś co robić. Powiedziałam ci.
- Ale Sakura. - Zaciąłem się w pół zdania. Nawet nie miałem dobrego argumentu. - Czy on wam robi krzywdę?
- Nie - odpowiedziała od razu, choć z trudem. - Po prostu ostatnio się nie dogadujemy.
- Ale cz…
- Nigdy nie poniósł na nas ręki.
Chociaż tyle.
Ciągle przytulałem Saradę, co chyba umknęło Haruno wcześniej, ponieważ, gdy spojrzała na nas teraz, sprawiała wrażenie, jakby nie mogła oderwać od nas wzroku. Tak samo miałem w jej przypadku. Przez pięć lat o niej myślałem, co zawsze zapędzało mnie w ślepy zaułek, z którego tylko ona mogła mnie wyciągnąć. I oto byłem tu, z naszą córką na rękach, obok niej. Mogłoby być tak pięknie, tak jak sobie wymarzyłem, jak chciałem, żeby ona marzyła. Tylko, że leżała nie w moim łóżku i to nie obok mnie się jutro obudzi.
Mimo moich sprzecznych odczuć, Sakura ponownie wyciągnęła do mnie rękę. Wiedziałem, że to czas się zbierać, że Lorcan długo nie utrzyma Kirito z dala od tego pokoju.
Postawiłem Saradę na podłodze i nachyliłem się w stronę Sakury, opierając się o materac. Zatrzymałem się w połowie zgięty, mając twarz kilka centymetrów od jej twarzy. Jej spojrzenie wciąż było zmęczone, ale miałem wrażenie, jakby teraz, gdy zmniejszyłem dzielący nas dystans, nabrało żywiołowości, jakiegoś blasku, który był kiedyś tylko mój, a teraz musiałem o niego zawalczyć.
Sakura rozchyliła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie dałem jej dojść do słowa, składając delikatny pocałunek na jej czole. To był mój jedyny pomysł, aby coś jej zakomunikować. Nie wiedziałem co i jak jej powiedzieć. W mojej głowie kłębiło się tyle sprzecznych myśli, że gdybym tylko spróbował, wyszłaby z tego nieskładna papka pełna narzekań, poczucia winy i żalu, a wolałem tego uniknąć.
Gdy po kilku sekundach lekko się wycofałem i miałem zamiar się prostować, Sakura dotknęła dłonią mojego policzka. Zamrugałem kilkukrotnie, nie chcąc zareagować impulsywnie. Skierowałem spojrzenie na jej oczy, i gdy tylko to zrobiłem, zamarłem.
Każde spotkanie z nią jakoś mnie zaskakiwało. Zawsze działo się coś, czego wcześniej nie zaplanowałem, doświadczałem czegoś, czego wcześniej nie znałem. To był chyba jej fenomen. Bycie z nią pozwalało mi dostrzec rzeczy, na które normalnie nie zwróciłbym zupełnie uwagi. Do dziś nie wiedziałem, że jedno spojrzenie może powiedzieć tak wiele. Był z tym tylko jeden problem - możliwe niezrozumienie. Ja dopatrzyłem się w jej oczach czegoś na kształt tęsknoty i obietnicy spotkania przy najbliższej możliwej okazji. Tylko co jeśli przez nią przemiawiały litość i pożegnanie?
Nie mogłem się z nią znów żegnać. Nie po to…
- Ekhm.
Stężałem na ten odgłos. Dochodził zza moich pleców i z pewnością nie była to sprawka Sarady. Doskonale wiedząc, że znajdowałem się pod obserwacją znów ponownie się dziś nachyliłem i złożyłem szybki, praktycznie bezuczuciowy pocałunek na jej czole. Zignorowałem to, że jej natychmiast powiększone oczy wyrażały strach, jakby prosiły, żebym tego nie robił. Za późno.
Wyprostowałem się i odwróciłem w stronę drzwi.
- Gdzie jest Lorcan? - spytałem, tak jakby nic przed chwilą się nie stało. Umiejętność chowania emocji odziedziczyłem w genach, więc przyszło mi to bez trudu. Przynajmniej to zawsze mi wychodziło.
- Tam gdzie jego miejsce, za ganku - odparł chłodno Kirito.
Zignorowałem go i kucnąłem przy Saradzie, która nie spuszczała ze mnie oka. Uniosłem dłoń i ponownie dziś poczochrałem jej włosy, lecz ona wciąż wyglądała na przybitą. Omdlenie Sakury musiał mocno na nią wpłynąć, a ja nie mogłem jej pomóc. Wyjąłem z kieszeni kartkę, którą napisałem już rano, jakimś sposobem przeczuwając, że nie będę mógł dać Haruno numeru swojego telefonu tak jak robią to normalni ludzie.
Kiwnąłem palcem na córkę, a ona zbliżyła się.
- Teraz biegnij do swojego pokoju i schowaj to tak, żeby Kirito tego nie znalazł. Daj mamie w tajemnicy i zawsze dzwoń do mnie, gdyby coś się działo, okej? - szepnąłem jej do ucha, a ona szybko pokiwała głową. - To biegnij.
Kirito nie zdążył zareagować, gdy Sarada przebiegła mu pomiędzy nogami.
- Coś jej powiedział?
- Nie twój interes - odparłem nonszalancko i podszedłem do niego, aby niewzruszenie ruszyć do wyjścia z tego domu, jakby zupełnie nic się nie stało.
Już prawie mijałem Kirito, gdy ten uniósł ramię w bok, tarasując przejście.
- Było tak dobrze, gdy cię nie było. Nie możesz znów zniknąć? - powiedział, starając się najwyraźniej, aby zabrzmiało to groźnie, jakbym miał się przestraszyć i w przerażeniu uciec stąd z krzykiem.
Taaak.
- Byłoby ci to na rękę nie? - Uniosłem kącik ust ku górze, widząc jak złość w nim coraz bardziej się kotłuje. Im bardziej wyglądałem na spokojnego i opanowanego, on wręcz przeciwnie wpadał w coraz większy gniew. Dawało mi to ogromną przewagę.
- Żebyś wiedział - wycedził, a ja westchnąłem krótko, udając znudzenie.
- Spoko, daj mi trochę czasu. Od nowa stanę na nogi i będę mógł zapewnić Sakurze i Saradzie dobre życie. Do tego momentu, zostawię je pod twoją opieką, bo widzę, że bardzo zaborczo ich bronisz. To wręcz wyśmienicie. - Poklepałem go po ramieniu, a on śledził ruch mojej dłoni coraz bardziej zszokowany. - Wychodzi na to, że przy tobie żaden facet mi ich nie ukradnie. Idealnie się składa, nie sądzisz? - Rzuciłem mu krótki uśmiech, ale on doskonale zrozumiał jego przekaz. Znał mnie wystarczająco długo, choć ja miałem wrażenie, że ja teraz jego wcale.
- Wypierdalaj z mojego domu, Uchiha - syknął, na co obdarowałem go rozbawionym spojrzeniem.
- Z czystą przyjemnością.
Kirito opuścił rękę i pozwolił mi przejść. Nie obejrzałem się na Sakurę, bałem się tego, co mógłbym zobaczyć. Moja pewność siebie naprawdę mocno stopniała i nie chciałem jeszcze bardziej jej naginać. Już teraz balansowałem na cienkiej linii pomiędzy przesadą wielką, a tą jeszcze całkiem w porządku. Z każdym kolejnym krokiem powoli schodziło ze mnie napięcie, jakby moje sumienie mnie rozgrzeszyło, mówiąc, że wcale tak wszystkiego bardzo nie spierdoliłem.
W holu czekał na mnie Lorcan z równie nieprzeniknionym wyrazem twarzy jak wcześniej. Po Saradzie nie było śladu, ale to odebrałem za dobry znak. Może właśnie chowała najcenniejszą na świecie kartkę, od której zależał mój kontakt z jej mamą. Miałem nadzieję, że pojęła wagę sytuacji.
- Powiedziałbym, że miło było, ale musiałbym skłamać - rzuciłem, naciskając klamkę drzwi wyjściowych.
- A ja powiedziałem: wypierdalaj. Mam powtórzyć? - Usłyszałem za swoimi plecami. Zaśmiałem się cicho, ale tak, aby Kirito był tego świadom.
- Obejdzie się. Gdy ktoś mi mówi, że mnie nie chce, rozumiem za pierwszym razem.
Nie wiem co by się stało, gdyby Lorcan po prostu nie wypchnął mnie za drzwi i nie zatrzasnął ich za nami, zanim Kirito się na mnie rzucił. Nie czułem się specjalnie skrępowany ani poniżony jego zachowaniem. W końcu byłem opanowany. To blondynowi wręcz ciekła piana z ust.
- Ktoś ci kiedyś powiedział, że jesteś cyniczny, uszczypliwy i niemiły? - Lorcan ruszył w stronę furtki, nie oglądając się na mnie.
- Jeśli dorzucić jeszcze określenie “egoistyczny cham”, to chyba będzie komplet - odparłem.
Próbowałem go wyczuć, wybadać sytuację, ale gość był nieprzenikniony. Nie był chłodny, beznamiętny - taki jaki ja, gdy nie chciałem, aby ktoś poznał co naprawdę sądzę bądź myślę. Nawet nie umiałem znaleźć na niego dobrego określenia.
- Kim jesteś dla Sakury? - powiedziałem, gdy podszedł do swojego auta, chyba mając zamiar od razu się stąd zmyć.
- Czemu pytasz? - Odwrócił się w moją stronę, a jego jasne oczy wytrąciły mnie z rytmu. Jakby moja szczątkowa już nonszalancja topniała z sekundy na sekundę.
- Naprawdę zadałeś to pytanie?
- Tak.
Zacisnąłem usta, szukając sensownej odpowiedzi.
- Ponieważ troszczę się o Sakurę i chciałbym znać jej znajomych.
- Ona też tego chce?
- Tak sądzę. - Skinąłem głową, chociaż już niczego nie byłem pewien.
Brunet oparł się biodrem o maskę samochodu i założył ręce na klatce piersiowej. Spojrzał na mnie, a ja nie wiedząc co zrobić, włożyłem własne ręce do kieszeni.
- Miałem bardzo spójny profil twojej osobowości, dopóki cię nie poznałem.
Nie do końca wiedziałem, jak zinterpretować te słowa. Milczałem więc, czekając, aż powie coś jeszcze.
- To co opowiadała mi Sakura nie do końca pokrywa się z tym co dziś zobaczyłem.
- A co niby takiego zobaczyłeś? - mruknąłem, coraz bardziej zirytowany jego podejściem.
-  Gdybym miał bazować tylko na tym, co słyszałem przez te lata, to pewnie nawet bym ci nie odpowiedział.
- To w ogóle nie jest odpowiedź na moje pytanie.
- Próbuję ci powiedzieć, że różnisz się od tej wersji, którą poznałem dzięki Sakurze. Przynajmniej tak wydaje mi się na chwilę obecną
- Mam to odebrać jak pochwałę i pomerdać ogonem?
- A jednak wciąż jesteś trochę dupkiem. - Szybko zmierzył mnie wzrokiem.
- To nieodłączna część mojej osobowości.
- W takim razie trochę ją okiełznaj, bo Sakura może nie mieć już na nią siły.
Zmarszczyłem brwi poważnie zaniepokojony.
- Co masz na myśli?
- Przecież przed chwilą ci powiedziałem.
- To za mówienie metaforami ci płacą? - Uniosłem brew, ale on wciąż nie dał się podejść.
- Spierałbym się, czy w ogóle była to metafora.
Prychnąłem cicho.
- Dobrze, że odechciało mi się z tobą rozmawiać.
W końcu wyłapałem jakąś jego emocję. Powiedziałbym, że to ciekawość, ale ten gość był ciężki do sprecyzowania.
- Ty za to wydajesz się coraz bardziej interesujący - odparł szorstko, choć nie zawarł w tym agresji, a jedynie jakąś dziwną powściągliwość.
- I co? Strzelisz mi przez to sesję terapeutyczną za darmo?
Krótki uśmiech przemknął po jego twarzy.
- Za bardzo się cenię na takie gesty.
- Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że odmówisz.
- Nie wątpiłem w to nawet przez minutę.
Westchnąłem, nie wiedząc, co robić. Bałem się, że nie wyciągnę z tego gościa żadnych informacji, a przecież potrzebowałem ich. Potrzebowałem ich bardzo dużo.
- Zostawiłeś jej do siebie jakiś kontakt? - spytał Lorcan, gdyż najwyraźniej milczałem za długo.
- Tak.
- I będziesz czekał aż odezwie się pierwsza?
- Tak - odparłem, ale poczułem w tym lekki podstęp.
- Nawet jeśli jakimś cudem Kirito skasuje jej numer telefonu albo zdarzy się inny wypadek losowy, przez który nie będzie miała jak tego zrobić?
- Do czego zmierzasz? - Zmrużyłem powieki, bo dopiero teraz do mnie trafiało, że równie dobrze mógłby trzymać w ręce kubek z napisem “kontynuuj, właśnie cię diagnozuję” i co chwilę popijać beztłuszczowe latte, a ja i tak zorientowałbym się o tym dopiero teraz.
- Tak cię sprawdzam, profilaktycznie. - Wzruszył ramionami.
- Nie prosiłem o to.
- Całą sesję to tak, ale jednorazową opinię, to już nie?
Zrozumiałem, że on chyba żartował. W sensie, tak to zabrzmiało. A może nie? Co robić? Zaśmiać się, nie zaśmiać się. Uciec, nie uciec. To na pewno żart?
- Lubię jasne sytuacje - burknąłem nadal niepewny, na co on uśmiechnął się krótko, pierwszy raz odkąd go poznałem.
- To dobrze, bo Sakura też.
- Tak, wiem.
- Może nie powinienem tego mówić, ale zwróciłeś uwagę na stosunek Sarady względem ciebie?
Uderzył w czuły punkt. Sam przed sobą bałem się zadać to pytanie. Możliwa konfiguracja odpowiedzi mogłaby mnie przygnieść i poprzez błędne wnioskowanie doprowadzić do naprawdę złego stanu. Wolałem więc omijać tę kwestię tak długo, jak się dało. No i się dało. Do teraz.
- Zwróciłem.
- Co o tym sądzisz?
Zacisnąłem zęby, czując jak znowu tracę kontrolę nad sytuacją.
- Muszę odpowiadać na to pytanie?
- A kimże ja jestem? - powiedział lekko. - Przecież prowadzimy zwykłą rozmowę, a ja zadałem jedynie pytanie.
- Dobra, dobra - mruknąłem pod nosem, próbując sklecić sensowne zdanie. - Jestem Sakurze za to bardzo wdzięczny. Bardziej, niż umiem jej to okazać.
Boże, czemu to powiedziałem. Czy ja mu się właśnie zwierzałem? Gościowi, którego nam od dwudziestu minut? Może właśnie mdlałem? Może mi też brakowało cukru? Czy ja już bredzę?
- To dobrze, że to zauważyłeś - odparł całkowicie poważnie. - Gdy Sakura do mnie trafiła, miała ciężką depresję. Mogła nie donosić ciąży. - Czułem jak każde jego słowo dokłada dodatkowy ciężar na moje barki. Było coraz trudniej, ale wciąż stałem. Obawiałem się tylko, że to jedynie kwestia czasu. - Gdy w końcu urodziła, nienawidziła Sarady przez to, że tak bardzo przypominała jej ciebie. - Tężałem coraz bardziej, a myślałem, że już stawiłem czoła ogromie krzywdy, jaką wyrządziłem tej kobiecie. - Wiesz ile zajęło mi wyselekcjonowanie dobrych wspomnień związanych z tobą? Były dni, że nie była w stanie podać choćby jednego.
- Po co mi to mówisz? - spytałem, próbując udawać, że w ogóle to na mnie nie wpłynęło. Tyle, że to nie podziałało. Moja stuprocentowa niezawodność legła w gruzach.
- To ja przekonałem Sakurę do tego, aby Sarada od zawsze wiedziała, kto jest jej ojcem, żeby zaszczepić w niej miłość do osoby, która dla niej wtedy nie istniała. W końcu sam o niej nie wiedziałeś.
Prozaiczna rozmowa zmieniła się w coś co mnie przerastało. Nie byłem gotowy na coś takiego.
- Popełniłem wtedy błąd, z psychologicznego punktu widzenia, rzecz jasna. Przyznałem się Sakurze do tego jakiś czas później, gdy było z nią lepiej. Ona jednak bardzo mi za to podziękowała, za to, co nazwałem błędem.
- Nie rozumiem - odpowiedziałem szczerze, ale on nie zareagował. Patrzył mi jedynie prosto w oczy bez skrępowania, czego nie mogłem powiedzieć o sobie. Miałem wrażenie, że ten facet dzięki Sakurze wiedział o mnie wszystko, a najwyraźniej był dobry w swoim fachu, więc stałem przed nim praktycznie bezbronny. - Dlaczego?
- Sam nie wiem. - Zmarszczył brwi, powściągliwie zaciskając usta. - To było nieprofesjonalne i złe. Wchodzenie w stosunki towarzyskie z pacjentami jest już w ogóle nieetyczne, ale Sakura bardzo przypominała mi moją siostrę i sam nie potrafię określić, kiedy dokładnie przestałem być jej terapeutą, a stałem się przyjacielem. Jednocześnie się z tego cieszę i ganię. Wydaje mi się, że rozumiesz o czym mówię.
- Wolałbym nie, ale rozumiem - odparłem, szukając odpowiedniego pytania.
- Trochę niestosowne miejsce do tematu, nie sądzisz?
Rozejrzał się, choć dookoła nas nie było nikogo prócz kilku dzieciaków z tornistrami, które właśnie szły z naprzeciwka. Co jakiś czas mijały nas samochody. Odwróciłem się, aby spojrzeć na dom Kirito. Uniosłem głowę i zobaczyłem w oknie balkonowym na piętrze Saradę. Wyłapałem jej spojrzenie, a ona pomachała mi szybko, lecz odsunęła się, bo najwyraźniej ktoś wszedł do pokoju.
- Chciałem ci za to podziękować - powiedziałem cicho, wbijając wzrok w chodnik.
Nie byłem dobry w podziękowaniach ani przeprosinach. Zawsze wychodziło to dość kanciaście, nawet jeśli było szczere. Moja umiejętność uzewnętrzniania emocji czy uczuć, z którymi de facto i tak mocno walczyłem, była dość marna, ale jednak istniała chociaż trochę. Nie?
- Za to, że na rozmowę wybraliśmy parking? - Uniósł brew, chcąc, żebym sam to powiedział. Ugh, denerwował mnie, bo wyciągał ze mnie tak dużo słów, że gdyby nie to spotkanie, nie uwierzyłbym w to.
- Za moją córkę.
Skinął głową. Tylko tyle. Nic więcej.
Dopiero po kilku sekundach odwrócił się w stronę samochodu.
- Będę leciał. I tak już za dużo ci wyjawiłem.
Za dużo? Serio? To jest za dużo?
- Czekaj, daj mi swój numer telefonu - mruknąłem, na co spojrzał na mnie przez ramię.
- Masz zamiar do mnie wydzwaniać po nocy czy szukasz kolegów?
Spiorunowałem go wzrokiem.
- Wybacz, za bardzo korciło - powiedział z uniesionym kącikiem ust i podał mi komórkę. - Wpisz się.
Bez słowa wstukałem sekwencję cyfr w jego aparat i oddałem go. Lorcan nacisnął zieloną słuchawkę, a ja poczułem, jak mój telefon wibruje w kieszeni. Odrzuciłem połączenie i zapisałem numer.
- Chyba już jesteśmy znajomymi - powiedziałem, bo nie miałem pomysłu na nic innego.
- Niestety. - Skinął głową, choć humorek wciąż go nie opuszczał. - Miło było cię poznać, Sasuke, choć się tego, szczerze mówiąc nie spodziewałem.
- I nawzajem, Lorcan.
Wsiadł do całkiem dobrej i w miarę nowej Toyoty. Odjechał. Nie wiem, dlaczego patrzyłem na jego samochód, dopóki zupełnie nie zniknął mi z pola widzenia. Może łudziłem się, że Sakura jakimś cudem na chwilę wyjdzie z domu? Że Sarada wykiwa Kirito i podbiegnie do bramy? Sam nie wiem, czego oczekiwałem, ale woląc się nie kompromitować wsiadłem do auta Raydera i ruszyłem w stronę mieszkania.
Lorcan zadał bardzo dobre pytanie, choć ja nie miałem na nie dobrej odpowiedzi. Co, jeśli Sakura się nie odezwie? Mówiłem sobie, że przecież gdyby chciała, na pewno znalazłaby ze mną kontakt. Wystarczyło odezwał się do Dyary. Moja siostra z pewnością by jej pomogła, nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Dlaczego więc jakaś część mnie bała się, że najgorszy, przedstawiony przez Lorcana, scenariusz spełni się?
Niedługo później byłem już pod domem. Powrót minął mi dwojako, bo z jednej strony nie potrafiłem się uspokoić, a z drugiej nie byłem w stanie wykrzesać z siebie ni pół emocji, którą mógłbym uzewnętrznić. Coś jak dwie skrajności w jednym czasie, a przecież brzmiało to jak bełkot.
- Rayder przysięgam, że się zemszczę.
Usłyszałem, wysiadając z auta. Co dziwne słowa wypowiedziała dziewczyna, stojąca pod naszymi drzwiami. Przypatrywałem się jej chwilę, zastanawiając się dlaczego Rayder podał adres jakiejś dziuni, którą najprawdopodobniej zaliczył w ostatnim czasie. Co gorsza owa dziunia opierała się o wielką walizkę, a jakoś nie widziałem swojej przyszłości w Domu Rozkoszy i Przyjemności alfonsa Hatake, bo jeśli zostanie tu ta jedna, to na pewno niedługo dołączy do niej kolejna. Zaraz pewnie usłyszę, jak to Rayder złamał jej serce, a zamiast “żyli długo i szczęśliwie” było “przeminęło z wiatrem” i co ona biedna ma teraz zrobić.
- Szukasz czegoś konkretnego? - spytałem, stojąc za nią.
Odwróciła się przez ramię, ciągle z komórką przy uchu, a ja już wiedziałem, czemu podał jej ten adres. Dawno nie spotkałem tak pięknej kobiety. Oczywiście Haruno się nie liczyła, ona była poza skalą w tym temacie, ale dziewczynie obok nie mogłem odmówić urody. Jej luźny ubiór, poza i gestykulacja sprawiały, że pasowała mi do Raydera. Może jednak to coś poważnego, tylko nic mi nie powiedział?
- A my się przepraszam znamy? - Uniosła brew, ale ktoś w słuchawce najwyraźniej coś powiedział, na co groźnie zmarszczyła brwi i warknęła: czekaj, jakiś cham się do mnie przyczepił.
Przyczepił. Och. Chyba naprawdę miała wysokie mniemanie o sobie.
- Tam jest furtka. - Wskazałem na ślepo za siebie, mijając ją, aby podejść do drzwi. Zaniemówiła, gdy wyciągnąłem kluczyki i wszedłem do domu. Już chciałem się zabarykadować w środku, ale ona w końcu odzyskała mowę.
- Czekaj - rzuciła szybko i wyciągnęła ku mnie telefon. - Masz.
- Że co proszę? - spytałem, stojąc w progu.
- Masz. - Zrobiła krok do przodu, machając mi komórką przed twarzą.
Niepewnie wziąłem ją i przystawiłem do ucha.
- Tak? - mruknąłem, starając się brzmieć pewnie.
- Wpuść ją i o nic nie pytaj.
Przewróciłem oczami.
- Rayder to nie hotel dla twoich panienek - odparłem, a dziewczyna na przeciwko wyraźnie się oburzyła.
- Nie mam czasu. Wpuść ją i tyle.
I się rozłączył.
- Nie jestem jego żadną panienką - syknęła i wyszarpnęła mi telefon z rąk.
- A co? Miłością jego życia i dożyjecie wspólnie starości?
- Siostrą - wycedziła. - Jestem jego siostrą.
Rayder nigdy nie mówił, że ma siostrę. Zmierzyłem ją znów spojrzeniem, szukając podobieństwa. Z początku tego nie zauważyłem, ale faktycznie mieli takie same oczy. I chyba sposób bycia. To, na co zwróciłem uwagę na początku wyłapałem najwyraźniej dlatego, że byłem przyzwyczajony do Raydera i właśnie takiego zachowania.
Nie zmieniało to jednak sprawy. Miałem do środka wpuścić totalnie obcą kobietę.
- No dobra. Wchodź. - Cofnąłem się, robiąc jej przejście.
- To nie jest ten moment, kiedy proponujesz wziąć moją walizkę? - Oparla ciężar ciała na jednej nodze, wyraźnie patrząc na swoje bagaże.
- Nie, ani trochę.
Byłem przybity i zdenerwowany. Nie miałem nastroju kłócić się dziewczyną podającą się za siostrę Hatake. Raczej w tej walizce nie miała całego arsenału broni. Do tego Rayder powiedział, żeby ją wpuścić, więc to jego ewentualny problem. Nie mój. Idąc tym tropem rozumowania po prostu zdjąłem buty i poszedłem do kuchni. Odgrzałem jedzenie z wczoraj i prawie udało mi się dotrzeć do sypialni. Prawie, ponieważ wciąż stałem na korytarzu, bo ktoś już stał w mojej sypialni.
- Grzecznie proszę, abyś opuściła ten pokój - powiedziałem, siląc się na spokojny ton. Nie chciałem mieć teraz z nikim do czynienia, a z pretensjonalną panną tym bardziej.
- Widzę, że jest wolny. Prawie nie ma tu rzeczy. Zatrzymam się tu - odparła bez skrępowania.
Zacisnąłem palce na talerzu, który po wyjęciu go z mikrofalówki wciąż był gorący, jednak nawet ból nie ostudził powoli kotłującej się we mnie wściekłości.
- Albo natychmiast stąd wyjdziesz albo wyrzucę cię na ulicę - warknąłem, mając nadzieję, że ją to przestraszy. - Nie jestem skory do negocjacji.
- Więc pokaż mi pokój Raydera - mruknęła z niesmakiem.
- Ten najbliżej kuchni.
Odsunąłem się z przejścia, aby w stu procentach załapała, że jej tu nie chciałem. Gdy wciąż prychająca jak kotka minęła mnie i usłyszałem, jak zamykają się za nią drzwi - inne niż te od mojego pokoju - poczułem ulgę.
Zjadłem w spokoju i położyłem się na łóżku, którego czasy świetności już dawno minęły. Cholernie bolała mnie głowa. Myśli o Sakurze kotłowały się w niej, nie mogąc wyselekcjonować poprawnych konfiguracji, czego efektem był tylko większy ból. Mimo tego udało mi się zasnąć, a nie śniło mi się nic dobrego.

Przebudziłęm się zlany potem. Oddychałem zdecydowanie za szybko, nie potrafiłem się uspokoić. Zamglone wspomnienia z wypadku, w wyniku którego ucierpiała moja matka nie chciały zniknąć. Wściekłe oblicze Cynthi było bardzo wyraźne, co tylko dodatkowo dostarczało mi zmartwień.
Znajdowałem się w jakimś półśnie, jakbym nie mógł się do końca obudzić. Słyszałem jakieś głosy na korytarzu, ale nie potrafiłem określić do kogo należały. Próbowałem całkowicie wrócić do rzeczywistości, lecz twarz Cynthi była tak wyraźna, że nie byłem w stanie się przed nią obronić. Znów przeżywałem zajście na stadionie. Znów widziałem jak Sakura broni się przed blondynką, jak ta upada, umiera. Ostatnie co widzę przed ostatecznym otworzeniem oczu to twarz Haruno, która wpatruje się we mnie z czułością i troską. Chciałem patrzeć na to jak najdłużej, ale w momencie, gdy unosiłem dłoń, aby dotknąć jej policzka, Sakura znikła, a ja uchyliłem powieki.
Wpatrywałem się tępo w sufit, próbując znów przywołać obraz Sakury, ale nadaremnie. Moje skupienie ulatywało jak powietrze z przebitego balonu. Tak samo jak siły i chęć do życia.
Drzwi do mojego pokoju otworzyły się bez pukania. Nim zdążyłem się odezwać, Rayder zapalił też światło i rezolutnie wszedł do środku.
- Wstajemy, księżniczko! Czas się nawalić jak bure szmaty! - Klasnął w dłonie z nieudawanym entuzjazmem. Świadomość, że nawet gdybym się starał, nie potrafiłbym osiągnąć takiego efektu jak on, trochę mnie przybiła. Nie miałem czasu jednak się nad tym zastanowić, bo on znów zaczął mówić.
- Kaori idzie z nami, bo podobno ma dostać tam fuchę. Właśnie! Poznałeś już moją siostrę, nie?
- Niestety - odparłem i zrzuciłem nogi na podłogę, lecz pozostałem na łóżku, unosząc się jedynie do siadu.
- Ajjj. - Rayder się skrzywił. - Nie polubiliście się?
- Nazywaj to jak chcesz.
- Czyli nie. Motyla noga! - Uderzył otwartą pięścią o udo w geście zrezygnowania.
- Czy ty powiedziałeś właśnie “motyla noga”? - Uniosłem brew, chcąc się upewnić, czy czasem się nie przesłyszałem.
- Tak. - Skinął głową poważnie. - Staram się być bardziej kulturalny.
- Przed chwilą powiedziałeś, że idziemy się napierdolić jak bure szmaty.
Chłopak przewrócił oczami.
- Po pierwsze “nawalić”. Po drugie “motyla noga” miała zneutralizować te złe słowa z początku.
- Złe słowa? - Ciągle dopytywałem, mając zamiar wyciągnąć z niego wszystko.
- Tak, dokładnie.
- Czy w tej robocie, w której dzisiaj byłeś, obcięli ci też jaja czy tylko gadane?
Rayder zacisnął usta wyraźnie obrażony. Brakowało tylko, żeby tupnął z rękoma skrzyżowanymi na piersi.
- Staram się być lepszym człowiekiem.
- To może jakaś terapia resocjalizacyjna?
- Uchiha, przestań. - Wyciągnął przed siebie rękę. - Wiem co robisz, więc przestań.
- Poznałem ostatnio przypadkiem fajnego psychologa. Chcesz namiary?
- Uchiha, znam cię. Nie dam ci się na to nabrać.
-To prywatny numer, na pewno odbierze.
- Nie spowodujesz, że zrezygnuję z dzisiejszego wyjścia.
Westchnąłem cicho, przyjmując na klatę swoją porażkę. Nie chciałem nigdzie wychodzić. Napiłbym się, to fakt, ale w domu. Na smutno.
- Słuchaj. - Rayder usiadł obok mnie. Niezbyt trudno było zauważyć, że jest zmęczony i sam ledwo panuje nad sytuacją, ale z jakiegoś powodu mimo tego chciał wyjść. Nie, żebym roztrząsał jego egzystencjonalne powody, aby iść się napić, lecz coś chyba było na rzeczy. - Kaori dopiero przyjechała i koleżanka załatwiła jej robotę jako kelnerka. Pójdziemy, sprawdzimy lokal oraz oczywiście jakoś produktu. Moja siostra nie może podawać ludziom jakichś szczyn.
- A nie, no to jak trzeba sprawdzić akurat to, to musimy iść - rzuciłem sarkastycznie, przeczesując włosy palcami.
- Z ust mi to wyjąłeś.
- Ten zwrot uznaj za przekleństwo. Masz go nie używać. - Wstałem i podszedłem do małej szafki, żeby wyciągnąć z niej jakaś czystą koszulę.
- Bo?
- Bo tak powiedziałem.
Wyszedłem z pokoju, żeby wziąć prysznic. Po drodze nie natknąłem się na dziewczynę, która to podobno miała być siostra Raydera. Prawdę powiedziawszy nie wiem, czemu zwróciłem uwagę tylko na ich podobne oczy. Przecież miała też ciemniejsze, choć wciąż szare włosy.
W piętnaście minut byłem gotowy do wyjścia. Moje włosy jeszcze nie potrzebowały cięcia, więc schły w miarę szybko, dzięki czemu nie musiałem się nimi przejmować.
Zapukałem do drzwi, teraz już rodzeństwa, Hatake. Kilka sekund później w przejściu stanęła Kaori, jak podobno miała na imię. Zlustrowała mnie szybkim spojrzeniem. Sprawiała wrażenie, jakby się zastanawiała jak to rozegrać. W końcu nawet się oficjalnie nie poznaliśmy.
- Wybacz, że byłam taką suką - mruknęła i wyciągnęła do mnie rękę. - Kaori.
Doszedłem do wniosku, że darcie z nią kotów, skoro już ze sobą mieszkamy byłoby kiepskim wyjściem, więc też skapitulowałem.
Uścisnąłem jej dłoń.
- Sasuke.
- Naprawdę mi głupio. Zachowałam się strasznie. - Wyglądała, jakby mówiła szczerze. - Po prostu miałam opóźniony lot, potem gość w taksówce zawiózł mnie pod zły adres i chciał za to pieniądze i jeszcze wylałam dzisiaj na siebie pełną gorącą kawę i…
- Nie ma sprawy. Zdarza się. - Wzruszyłem ramionami, ale ona i tak dokończyła.
- I okres mi się spóźnia.
- Ach. - Wyrwało mi się.
- Wiedziałam, że będę żałowała tego kalifornijczyka - mruknęła, patrząc gdzieś w podłogę.
- Gotowi?! - krzyknął Rayder i pojawił się za jej plecami.
- Ale na co się drzesz, kretynie, skoro jesteśmy obok? - Posłałem mu znudzone spojrzenie, na co Kaori się rozpromieniła.
- Może jednak cię polubię.
- Wszystko mi jedno.
Udała, że jej to nie obeszło, ale Rayder nie dał się oszukać.
- Uchiha, nie bądź niemiłym kutasem.
- Wybacz. To nie było intencjonalnie.
- Oby - powiedziała dziewczyna i ruszyła do wyjścia.
- Ja się nie dziwię, że ta Sakura cię nie chce. - Rayder szturchnął mnie w ramię.
- Nie powiedziała, że nie chce - burknąłem i założyłem na plecy skórzana, czarną kurtkę.
- Ale też nie powiedział, że chce - uciął i wyszedł z domu. Bez komentarza zamknąłem drzwi na klucz i ruszyłem za nimi do auta.
Rodzeństwo mimo, na pierwszy rzut oka, niechęci, rozmawiali ze sobą bardzo żywo. Szczerze mówiąc jednym uchem słuchałem o czym mówią, a z drugiej nie mogłem wyrzucić z głowy obrazu Sakury sprzed stadionu pięć lat temu.
W każdym razie dowiedziałem się, że gdy Kaori skończyła inżynierkę z architektury zdecydowała, że jeszcze zdąży usiąść na tyłku i robić to samo do końca życia, więc ostatnie pięć lat, pokryło się to z czasem, gdy zamknęli Raydera, podróżowała po świecie, zarabiając na życie jako kelnerka. Od USA po Malezję i Australię. Wywnioskowałem, że nie widziała się bratem  od kiedy go wsadzili. Mimo upływu czasu rozmawiali bardzo swobodnie. Nie dziwiło mnie to jednak, bo nie wyczułem między sobą a Dyarą jakiejś granicy. O Itachim może lepiej nie wspominać.
- Mam trochę obawy przed pójściem tam - mruknęła Kaori, gdy staliśmy na światłach.
- Pracowałaś w jakichś mrocznych częściach Brazylii, a boisz się iść tu? - Rayder rzucił jej wątpiące spojrzenie.
- Pamiętasz jak sobie dorabiałam na studiach?
- Tak.
- To ten sam bar.
- Ajjj.
- Czemu ajjj? - spytałem, spróbowawszy naśladować jego ton.
- Bo trochę się upiłam raz po robocie, ale był taki barman, który bardzo mi się podobał. Wiem, że on też na mnie leciał, ale miał dziewczynę, a zresztą nigdy się do mnie nie zalecał. Był w stosunku do niej bardzo fair. W każdym razie trochę się narąbałam, pocałowałam go i urwał mi się film.
- Brzmi słabo - odparłem, a ona westchnęła.  
- No i mi się wydaje, że się z nim przespałam, ale on zaprzeczał. Była z tą jego laską wielka akcja. Nie chciałam wyjść na zdzirę, więc szybko odpuściłam swoją wersję. Byłam tak wcięta, że równie dobrze mogło mi się to przyśnić.
- A powiedziałaś to tej dziewczynie?
- Jej? W życiu - szybko odpowiedziała. - Zabiłaby mnie, gdyby tylko mnie zobaczyła. Zna mnie tylko z plotek. Ja ją niestety widziałam w akcji, więc podziękuję.
- Co znaczy w akcji? Średnio to pamiętam - mruknął Rayder, skręcając na jakiś parking.
- Nie dość, że z wyglądu przypomina morderczynię małych szczeniaczków, to ma strasznie cięty język. A. - Kaori uniosła palec. - I zabija wzrokiem. Serio. Dopóki nie widziałam, jak ona z nim rozmawia, nie wiedziałam, że można tak wiele nienawiści przekazać oczami.
- A skąd wiesz, że on nadal tam pracuje? - Rayder zgasił silnik, a przed nami świeciło się logo baru Deep Sea.
- Bo gdy Karin załatwiała mi teraz tę robotę, to doskonale pamiętała o tym upokorzeniu i nie mogła się powstrzymać przed wbiciem mi ostatecznej szpili w serce.
- Szpila w serce brzmi słabo.
- Bardzo.
Wysiadłem i wziąłem głęboki oddech. Było po dziesiątej. Nawet nie chciałem myśleć o tym, że po powrocie do domu nie zasnę. W końcu wyspałem się po południu, choć może alkohol pozwoli mi odpłynąć. Miałem na to ogromną nadzieję.
- A to nie dziwne, że po prostu masz sobie tu przyjść o której chcesz i tak dalej? - Rayder zamknął samochód i ruszył w stronę wejścia do baru, gdzie już na chodniku było dość tłoczno.
- Karin już tu dawno nie pracuje, ale ma lepsze kontakty z szefem niż ja, więc po prostu mu o mnie przypomniała, a on ogarnął, że ja to ja. Wie, że dopiero przyjechałam i dzisiaj na “próbę po latach” mam wpaść tylko na jakieś dwie godziny.
- I rozumiem, że nie wie o twoim kelnerowaniu przez ostatnie pięć lat?
- Chyba zapomniała o tym wspomnieć.
Szedłem ku wejściu do baru. Szyld coś mi przypominał, ale nic konkretnego. Ot tak, nazwa lokalu, który kojarzę, bo najprawdopodobniej kiedyś się w nim z Kirito upiliśmy.
Zacisnąłem usta na tę myśl. Mimo, że nie bardzo chciałem dać to po sobie poznać, zdrada blondyna dotknęła mnie bardziej, niż się spodziewałem, kiedy już poznałem prawdę. Miałem go za kogoś bliskiego, ufałem mu prawie bezgranicznie. I najwyraźniej był to mój błąd.
- To co, Uchiha? - Rayder uwiesił się mojego ramienia, gdy znaleźliśmy się w środku.
Nie kojarzyłem wnętrza Deep Sea. Było utrzymane w ciemnych barwach, idealnie nadawało się do posiadówy przy piwie albo uchlania się przy barze, za którym asortyment różnorakich alkoholi był naprawdę imponujący. Właśnie. To nie było miejsce dla pijaków. To nie była speluna, a miejsce z takim specyficznym klimatem, który jednocześnie był ciężki i sprawiał, że czułeś się tu komfortowo. Nie było tu pijanych dzieciaków, śmierdzących przybłęd, które błagają tylko “o jeszcze jedną kolejeczkę”. Widziałem ludzi pijanych, ale dobrze wiedziałem, że albo coś świętują, albo są alkoholikami, lecz takimi, po których tego nie widać. Rano wstaną, zapakują się w garniaki i pójdą do roboty na dziesięć godzin, a nie obudzą się w bramie. Poczułem się z tym jakoś lepiej. Nie wiedziałem jednak, czy to dobrze, czy źle.
- Uchiha? - Rayder mną potrząsnął, bo wyraźnie odpłynąłem na moment.
- No? - Spróbowałem zatuszować swój odlot lekkim chrząknięciem, ale moje próby spełzły na niczym.
- Znowu o niej myślisz? Ech, stary. Ale ty jesteś nudny - sarknął i wyminął mnie.
Wyjątkowo nie myślałem o Sakurze. Przysięgam.
W lokalu było sporo ludzi, ale nie mogłem mówić o tłoku. Było akurat. Tak, żeby nie czuć się obserwowanym, ponieważ gość obok nie ma na czym skupić wzroku, a jednocześnie tak, aby nie musieć przeciskać się do kibla przez piętnaście minut. Zapowiadało się na całkiem niezły wieczór.
- Kaori, to ty się tam zajmij czym musisz, a nami się nie przejmuj. - Spojrzałem w prawo, gdzie Hatake rozmawiał z siostrą. - Ale gdyby ktoś cię zaczepiał, to wiesz. - Puknął ją lekko palcem w policzek. - Nie mam więziennych dziar, ale jak Uchiha się nastroszy, to wiesz.
- Nie strasz mną ludzi - mruknąłem. - Tak możesz mówić o Hulku.
- Dobra, dobra. Ty też potrafisz nieźle przyłożyć.
- Al…
- Ej, chłopaki. - Kaori zamachała rękoma, żeby zwrócić naszą uwagę. - Idźcie się kulturalnie napić, a ja się zajmę robotą.
- Pamiętaj, co powiedziałem. - Rayder wskazał na nią, na co dziewczyna tylko przewróciła oczami i odeszła, a on od razu odwrócił się w moją stronę.
- To co, Uchiha? - Zatarł ręce, węsząc, że nabrałem ochoty na picie.
- Za dużo gadasz jak na kogoś, kto właśnie powinien zamawiać kolejkę.
Rayder wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk zwiastujący nadchodzącą radość. Momentalnie znalazł się przy barze. Korzystając, że utorował drogę między ludźmi, wcisnąłem się w wyrwę po nim, dzięki czemu w miarę bezproblemowo dotarłem do lady.
- Coś konkretnego? - Rayder patrzył na wielka tablicę z drinkami, wódkami, piwami… z dosłownie wszystkim. - Kulturalnie sączymy whiskey i rozmawiamy o polityce, czy może przy piwku obgadujemy jakieś dupeczki, czy mo…
- Cztery shoty czystej - powiedziałem do barmana, który właśnie skończył obsługiwać gościa obok mnie. Położyłem od razu pieniądze na stół i już miałem odezwać się z powrotem do Raydera, ale banknoty nie zniknęły z baru oraz nie pojawiły się tam kieliszki.
Uniosłem głowę, aby spojrzeć na faceta naprzeciwko. Patrzył mi prosto w oczy z tak oczywistą podejrzliwością, że aż wytrącił mnie z równowagi na ułamek sekundy. Miałem wrażenie, jakbym go już kiedyś widział, lecz za nic nie mogłem skojarzyć czegoś więcej.
A potem spojrzałem na plakietkę z jego imieniem i szybko połączyłem fakty. Mimo, że nigdy nie spotkaliśmy się na żywo - ja widziałem go tylko raz na zdjęciu - to nie czułem szczególnej potrzeby zaznajamiania się.
- Jednak sześć.
Sakura kiedyś opowiadała mi historię Tayuyi, ale przez lata musiała mi się delikatnie zatrzeć. Nie złączyłem tego w całość nawet wtedy, gdy Kaori przytoczyła tę opowieść w samochodzie kilka minut temu. Dopiero teraz widok Kiby za barem sprawił, że dotarło do mnie, iż to Kaori była czynnikiem, który doprowadził do całego tego wielkiego rozstania.
Nic nie miałem do tego faceta. Osobiście go nie znałem i jakoś nie miałem zamiaru poznawać. Ale miałem natomiast zły dzień. Dopiero po wyjściu z paki dotarło do mnie, jak smutna była świadomość że nikt nie czeka na mnie w domu. Wcześniej tego nie widziałem, lecz teraz to przypadkowe spotkanie z Kibą spowodowało, że lawina wspomnień ruszyła bez pozwolenia.
Gdy kieliszki stanęły przede mną, wychyliłem trzy jeden po drugim. Skrzywiłem się, gdy wódka zapiekła mnie w gardło. Przetarłem usta wierzchem dłoni. Rayder coś do mnie mówił przez cały ten czas, ale nie byłem w stanie się na tym skupić. Obok pustych kieliszków stanęły od razu dwie szklanki coli, a one same zostały napełnione jeszcze raz.
- Mam wrażenie, że ci się należy. - Z jakiegoś powodu Kiba skinął na mnie głową i zaczął obsługiwać innego klienta.
- Ej, stary. - Rayder klepnął mnie w ramię. - Co jest? - Sprawiał wrażenie szczerze zmartwionego. Aż się wzruszyłem.
Wypiłem pół szklanki coli i spojrzałem na niego.
- Nic. Po prostu masz słabszą głowę niż ja i żebyśmy byli równi musiałem wypić trzy karniaki.
- To tak nie wyglądało. - Zmrużył oczy. - Do tego za darmo dolał ci trzy shoty. To podejrzane.
- Może jestem nieziemsko przystojny - odpowiedziałem, starając się brzmieć wiarygodnie. Zastanawiałem się, jak to wszystko rozegrać.
- Obawiam się, że akurat to na niego nie podziałało.
- Nigdy nie wiesz.
Uniosłem kieliszek, czekając aż Rayder zrobi to samo. Z ociąganiem, ale w końcu stuknęliśmy się kieliszkami.
- No to za piękne panienki - powiedział Hatake, rozglądając się po sali.
Nie wiem, dlaczego akurat teraz o niej pomyślałem. Dlaczego cholernie chciałem, aby jakimś cudem się tu pojawiła. Sama, wśród obcych tu ludzi, tylko dla mnie.
To właśnie był mój toast, mimo że go nie wypowiedziałem.
Wódka znów zapiekła mnie w gardło, ale na szczęście cola była idealnie zmrożona, co trochę zabijało smak alkoholu. Z głośników płynęły jakieś rockowe kawałki i ku mojemu zdziwieniu wpasowały się w mój nastrój, choć nie umiałem go do końca określić.
- Uchiha, o czymś mi nie mówisz. - Rayder chrząknął, żeby przykuć moją uwagę. - To znaczy, że musimy szybko pić.
Wziął kolejny kieliszek, wyraźnie czekając na mnie.
Nawet nie próbowałem protestować, gdy wypiliśmy z marszu dwa shoty, a szkło znów pozostało puste. Odczułem wódkę w żołądku. Byłem trochę głodny, więc to logiczne, że tak się stało. Na szczęście znaczyło to tylko tyle, że muszę na moment przystopować, żeby potem móc się jedynie rozpędzić, oczywiście.
Siedzieliśmy w milczeniu. Dookoła nas działo się mnóstwo rzeczy, ale miałem jakieś dziwne wrażenie odrealnienia, jakbym nagle przestał tu pasować. Hatake to wyczuł, choć ja sam nie byłem niczego pewien.
- No powiedz miii - jęknął wreszcie. - Ja z ciebie czytam jak z kartki, Uchiha. Widzę, że coś nie gra.
Co miałem mu powiedzieć? Że nie mogę wyrzucić jej z myśli? Że wodzę spojrzeniem za każdą kobietą, która mnie teraz mija, bo wśród nich mogła być ona? Jak niby miałbym mu to powiedzieć?
- Jeszcze raz to samo, stary. - Rayder położył pieniądze na barze, a ja kątem oka zarejestrowałem Kibę, który bez słowa znów napełnił kieliszki oraz szklanki.
- Kiedyś bardzo chciałem cię poznać - powiedział brunet, mimo że nikt go o to nie prosił. - Dużo o tobie słyszałem, nawet jeśli tego nie planowałem.
- Chwila - mruknął Rayder, wyglądając jak pies gończy, który odnalazł trop. - To wy się znacie?
- Nie - odpowiedzieliśmy razem. Spojrzeliśmy po sobie, ale Rayder nie odpuszczał.
- Kim ty właściwie jesteś? - rzucił w stronę Kiby, który na chwilę odsunął się, aby nalać whiskey łysiejącemu facetowi po czterdziestce.
- Facetem przyjaciółki jego byłej dziewczyny - odparł dość spokojnie.
- O, ktoś od Sakury. - Rayder poprawił się na stołku barowym. Brakowało tylko, żeby zatarł ręce.
- Bardziej od Tayuyi, ale możesz mnie tak traktować. - Znów zniknął na moment, obsługując innego klienta. Jednak z racji, że wciąż znajdował się blisko i słyszał o czym rozmawialiśmy, nie za bardzo mogłem odezwać się stricte do Raydera, który na szczęście nie skojarzył imienia Tay ani Kiby.
Wykorzystałem ten moment, żeby unieść kieliszek. Nie czekałem na Hatake, bo szybko zrobił to samo. Czułem już trochę działanie alkoholu, ale było to jak lekkie łaskotanie. Obawiałem się jednak, że skłaniałem się ku upiciu się na smutno, bo na razie do tego sprowadzał się mój nastrój.
Boże, jak bardzo chciałem ją teraz zobaczyć.
- Już wiem, czemu tak długo nie piłem - powiedziałem do siebie, czego Rayder oczywiście nie przegapił.
- Ja nie wiem, ale siedź tutaj - odparł i tak po prostu ruszył w głąb baru za jakąś brunetką.
Więc siedziałem, jak ostatni zdesperowany pijak. Sam. Przy barze. Przede mną kilka pustych kieliszków po wódce. Przez chwilę mnie to zmartwiło, ale Kiba wrócił, tak jakby chciał ze mną porozmawiać, lecz nie bardzo wiedział, jak zacząć.
- Może dopóki go nie ma, to jakieś whiskey?
- A daj. - Machnąłem ręką, decydując się, że nawet jeśli nachlam się dzisiaj jak świnia, to jutro będę miał tylko kaca i totalny brak wyrzutów sumienia. \
Przede mną pojawiła się szklanka whiskey z lodem. Rzuciłem Kibie szybkie “dzięki”, a on znów wrócił do roboty. Nie wiem ile tak bezczynnie siedziałem, czekając na Raydera, po którym nie było nawet śladu. Mijali mnie różni ludzie, po mojej głowie chodziły różne myśli, lecz koniec ich podróży zawsze kończył się na myśleniu o niej. Świadomość jak smutno skończyłem, aż zebrało mi się na chęć pójścia do domu. Alkohol krążący w moich żyłach coraz bardziej dawał o sobie znać, a ja miałem wrażenie, że jeszcze trochę a zacznę bredzić. Raydera nie było już pół godziny i już prawie miałem go szukać, gdy wreszcie wrócił.
- Wybacz, że tyle to trwało. - Usiadł obok, jak gdyby nigdy nic, choć jego też już trochę wzięło. - Chciałem zabrać ze sobą dzisiaj taką loszkę, ale nie wyszło.
- Nie było cię tyle czasu, bo starałeś się zbajerować panienkę na jedną noc? - Uniosłem pytająco brew.
- Pytasz, jakbyś mnie nie znał.
Ktoś szturchnął mnie w ramię, co z jakiegoś powodu bardzo zachwiało moim opanowaniem. Szybko jednak usłyszałem zdawkowe “przepraszam”, więc puściłem to gościowi płazem.
- Tu będzie tylko gorzej, bo mamy rezerwację na jakieś urodziny i ludzie dopiero zaczynają się schodzić. Jak chcecie posiedzieć i pogadać, to skombinuję wam stolik - powiedział Kiba, wycierając szklankę. Tak naprawdę chyba chciał wyglądać na zajętego, kiedy z nami rozmawiał.
- Ooo, Uchiha. Koleś dobrze gada - mruknął Rayder, który jednak totalnie nie miał głowy do picia. Normalnie się zatoczył. Był przez to bardzo ekonomiczny w przeciwieństwie do mnie. - Skoro ma być tu pełno ludu, to ja dziękuję. Nie będziemy się przekrzykiwać. Mój plan i tak nie wypalił, a ja był sobie gdzieś wygodnie przycupnął.
- Wyślę wam kelnerkę do stolika. Wróciła taka jedna, więc niech się przyda - rzucił z lekką pogardą, ale na szczęście Hatake tego nie usłyszał, bo zagapił się na jedną dziewczynę i totalnie stracił zainteresowanie Kibą.
- Dzięki - powiedziałem do chłopaka za ladą.
- Spoko. O ile się orientuję niedawno wyszedłeś, więc należy ci się coś od życia.
Skinąłem na niego głową, a on rzucił mi krótki pół uśmiech. Wcześniej nigdy nie sądziłem, że mógłbym chociaż trochę polubić faceta Tayuyi. Niespodzianka, a była nią nie tylko ona. Naprawdę dawno nie piłem i kilka tych kolejek w tak krótkich odstępach czasu trochę mnie wzięło. Poczułem to dopiero, gdy wstałem, taktycznie chwytając się lady.
Kiba zaczął z powrotem obsługiwać razem z innym barmanem resztę klientów, a obok nas zmaterializowała się Kaori.
- Pijecie tę kolejkę i idziecie ze mną, natychmiast.
Wyjątkowo jej posłuchałem. Była zła i rozdrażniona, natomiast wzięcie kieliszka w dłoń nie przerastało moich chwilowych kompetencji, tak samo jak wypicie go tym razem bez popity, bo Kiba gdzieś zniknął, a szklanka była pusta.
- Już idziemy, Kaori - powiedział Rayder z dziwnym uśmiechem przyklejonym do twarzy. - Widzisz jak grzecznie idę? Gęsiego.
- Szybciej, idioto - odsyknęła mu i popchnęła lekko do przodu.
Ruszyłem za nimi, co by czasem się nie zgubić.
Dobrnęliśmy do nawy, a w niej do stolika z napisem “rezerwacja”. Ludzie stojący pod ścianą patrzyli na nas jak wygłodniałe hieny. Hatake wyraźnie to zauważył i tak bardzo rozpadł się na dwuosobowej kanapie, że zajął ją całą. Ja prowizoryczne wybrałem fotel. Jak ktoś będzie chciał spuścić mi wpierdol, to teoretycznie powinienem dostać go raz, za jedno miejsce. To Rayder zarezerwował sobie podwójne mordobicie.
- Jakim cudem dostaliście ten stolik? Jest dla vipów. - Kaori oparła się na owym stoliku i pochyliła do przodu.
Faktycznie były tu jakieś kotary, które po zasłonięciu odgradzały nas od reszty świata. Nisko zwisający lampion dawał  trochę światła, ale tyle, że  nie dekoncentrowało. Można było stworzyć tu całkiem niezły klimat.
- Może jestem nieziemsko przystojny? - rzucił Rayder nonszalancko, puszczając mi totalnie niedyskretne oczko.
- Jakim cudem akurat on wam go dał? - Nie odpuszczała. Była wyraźnie zdezorientowana, a do tego zbladła bardzo, co kolorystycznie lekko zlewało się z kolorem jej włosów.
- A, że barman? - Rayder oparł się łokciami o blat. - To jakiś kolega Uchihy.
Spojrzenie Kaori natychmiast znalazło się na mnie.
- Czy t…
- Uprzedzając twoje pytanie. Tak, wiem kim on jest. Znam jego dziewczynę, osobiście. Jestem facetem jej najlepszej przyjaciółki, co może być dla nas lekkim konfliktem interesów.
- Nie jesteś jej facetem - bąknął Rayder. - Ona cię chyba nie chce, stary. Ja rozumiem całe to rodzicielstwo i “o! To ten plemnik, który wygrał! Shotujcie to! Zrobił dziecko w trzech prostych krokach, zobacz jak!”, ale...
- Rayder, to było zbędne - odparłem chłodno, lecz widziałem, że on jeszcze nie skończył, ponieważ alkohol wręcz wybornie rozplątał mu język.
- Uganiasz się za panną, która mieszka z innym, do ciebie nie lgnie jak ćma do ognia. A przecież takich jest mnóstwo! - Klasnął, ciągle zupełnie ignorując, wciąż zaskoczona, siostrę. - Tutaj widziałem co najmniej cztery, które, wnioskując po samym spojrzeniu, zdjęłyby majtki szybciej, niż ty rozpiął rozporek.
- Brzmisz, jakbyś kiedyś robił to osobiście.
- Naprawdę znasz Tayuyę? - Kaori próbowała się pozbierać, ale jakoś nagle straciła cała werwę, mimo że przerwała bratu.
- Czerwone włosy, pyskata, cyniczna, niemiła?
- Ta.
- To ona. - Skinąłem głową, czując, że potrzebowałem w ten sposób zapieczętować swoje słowa.
- I może ubiera się na czarno? - mruknął Rayder.
- Tak.
- I nosi taka materiałowa opaskę na głowie.
- Tak.
Zaczynałem coś podejrzewać.
- I przyjaźni się z dziewczyną o różowych włosach imieniem Sakura?
Jakoś jej imię w jego wykonaniu mi nie pasowało. Jednak dopiero po chwili zorientowałem się, że Rayder patrzył na coś za moimi plecami. Moment mojego odwracania równie dobrze mógł trwać minutę jak i sekundę. Lata doświadczenia pozwoliły mi jako tako na zawołanie otrzeźwieć. Nie byłem pijany jak bela, ale trzeźwy też nie, co nie do końca trzymało moje nerwy na wodzy. Dłonie, chyba też.
Gdy wreszcie moje spojrzenie dosięgło jej sylwetki, po moim ciele rozlało się ciepło, którego dawno nie czułem. Tęskniłem za tym bardziej niż mogłem się spodziewać, a każda kolejna sekunda utwierdzała mnie w świadomości, że ta kobieta była moja, choć jeszcze do końca o tym nie wiedziała.
Patrzyłem, jak rozgląda się, stojąc blisko wejścia do baru. Ubrana w krótką czarną sukienkę szybko znalazła się w centrum uwagi otaczających ją mężczyzn. Tay, która właśnie stanęła za nią jedynie spotęgowała to zjawisko. Oczywiście to tylko dla mnie czas się zatrzymał. Dookoła większość ludzi wciąż piła, wznosiła toasty, nie wiedząc, co tracili.
- No, Uchiha. - Rayder wymamrotał, trącając mnie w ramię. - Nawet niezła ta twoja mamuśka.
Puściłem jego uwagę mimo uszu. Sakura wciąż stała w jednym miejscu i rozglądała się, choć dość dyskretnie. Tayuya nachyliła się nad nią i coś powiedziała, na co Haruno skinęła głową i ruszyła w stronę baru. Jej długie, prawie do pasa, różowe włosy falowały w tempie kroków. Nie miała problemu z przedostaniem się od samej lady. Dziewczynom wręcz ustąpiono miejsca.
- O nie. Ona tu idzie - mruknęła Kaori i pospiesznie poprawiła włosy. - Ja znikam. Wy nie znacie mnie, ja was. - Posłała mi konkretne spojrzenie, które zauważyłem jedynie kątem oka.
Skinąłem mimowolnie głową, jednak wzrokiem wciąż śledziłem Sakurę. Rozmawiała o czymś z Kibą, wyglądała na spiętą, jakby każdy jej ruch niósł za sobą konsekwencje. A niósł, ponieważ jeśli podejdzie do mnie z własnej woli, to nie będę do końca odpowiedzialny za swoje zachowanie. Zorientowałem się, że ja też nie byłem rozluźniony. Nie wiedziałem, czy przyszła tu przypadkiem czy z pełną świadomością, że mnie tu spotka. Miałem nadzieję na to drugie, wielką nadzieję.
Gdy Kiba wskazał jej głową w stronę naszej nawy, coś we mnie drgnęło. Wyłapałem jej spojrzenie i już wiedziałem, że przyszła tu specjalnie. Wiedziałem też wiele innych rzeczy, ale teraz nic nie przychodziło mi do głowy. Wystarczyło, że zrozumiałem, że wreszcie to ona wyciągnęła do mnie rękę, a nie ja do niej. Lekko zamglony wzrok, jakby sama też nie była do końca trzeźwa, przykuł moją uwagę. Ona, kiedy tylko była pewna, że nie spuszczam z niej oka mocno przypilnowała, aby się to nie zmieniło. Nie uszło mojej uwadze jak kręciła biodrami - delikatnie, ale tak, żebym to zauważył; jak jej ramiona rozluźniały się razem z ciągle zmniejszającym się dystansem między nami, nadając zbliżającej się konwersacji niezobowiązujący charakter.
Mimowolnie wstałem. Dzięki temu, gdy podeszła i miałem ją na wyciągnięcie ręki, patrzyłem na nią z góry, mogąc podziwiać w całej okazałości. Ja wiedziałem, że wygląda tak dla mnie, a ona wiedziała, że patrzę. Chciałem jej dotknąć, ale ci wszyscy ludzie dookoła przeszkadzali mi. Psuli to, co właśnie działo się, mimo że bez naszego udziału. Przynajmniej ja nie miałem na to wpływu. Możliwe, że ona to skrupulatnie zaplanowała, ale sądząc po jej stanie rano raczej nie miała zamiaru stać przede mną w barze, w środku nocy, lekko podpita.
A jednak, była obok.
- Nie spodziewałem się ciebie tutaj - powiedziałem, nie mając pomysłu na nic innego. Samo jej pojawienie się tu dało mi takiego kopa, że mógłbym góry przenosić, ale nie dałem tego po sobie poznać, więc zostałem przy swojej chłodnej wersji, gdyby sprawy miały jednak przybrać niekorzystny obrót.
Nie odpowiedziała mi od razu. Staliśmy na przeciwko siebie w milczeniu, gdy dookoła hałas był nie do zniesienia. Jej oczy ślizgały się po moim ciele, jakby oceniając walory, które przecież znała. W jej spojrzeniu dostrzegłem ten błysk, którego rano nie było, jakbym miał przed sobą zupełnie inną osobę. Znów pewną siebie, lekko wyzywającą, wiedzącą czego chce.
- Też z początku nie planowałam tu przychodzić. - Jej głos ledwo przebił się przez gwar, a nie był słaby. Dało się w nim wyczuć coś na kształt zachęty bądź zainteresowania. Z pewności brak mu było obojętności czy niedoboru zdecydowania.
- Ja też - odpowiedziałem.
Sakura niezrażona uniosła dłoń i położyła mi ją delikatnie na piersi. Uśmiechnęła się, jakby do siebie, głaszcząc powoli materiał koszuli. Zamyśliła się na kilka sekund, lecz w końcu uniosła spojrzenie, które nieuniknienie spotkało się z moim. Wstrzymałem oddech, gdy jej palce, powoli sunące w górę, dotknęły mojej szyi. W tej chwili myślałem tylko o tym, aby objąć ją w biodrach i przycisnąć do siebie, mieć ją tak blisko, żeby nie mogła uciec, żeby móc dać upust temu wszystkiemu, co prześladowało mnie przez lata i nie pozwalało normalnie żyć. W końcu znaleźć się we właściwym miejscu.
- Uchiha, ale moglibyście tak nie na widoku? - Usłyszałem gdzieś za sobą bełkot Raydera.
Uniosłem rękę i wziąłem dłoń Sakury z mojej szyi, na co przystała z ochotą. Poprowadziłem ją tak, aby objęła mnie w talii. Poczułem jej dotyk na plecach, nawet mimo warstwy materiału koszuli. Zacisnęła pięść na mojej skórze, dając mi jasny znak. Bałem się, że jeśli teraz na nią spojrzę, to przepadnę.
- Hatake, pamiętasz co mówiłeś o majtkach i rozporkach? - Zwróciłem się do chłopaka, który właśnie odnalazł własny pion i wydawał się być nawet zainteresowany tym, co mówiłem.
- Tak.
- Więc idź ich poszukać.
Wyszedł bez słowa, ale nie bez jednoznacznego uśmiechu, który posłał, mijając mnie. Sakura przeszła dwa kroki od przodu, a ja zasłoniłem kotary jednym szybkim ruchem. Zostaliśmy oddzieleni od wszystkiego, co działo się dookoła. Tym razem dosłownie.
Stałem do niej tyłem, kiedy poczułem, jak oplata mnie rękoma w talii. W głowie miałem jednocześnie wszystko i nic. Odwróciłem się, a jej usta odnalazły moje, i mimo, że nie było tu powalającej scenerii, nie miało to znaczenia. Nic prócz niej nie miało teraz znaczenia.
Nic.



***
Jestem! 
Po dwóch miesiącach, ale jestem. Obiecuję się poprawić, a przynajmniej na pewno będę się starać, uwierzcie. 
Nie rozpisuję się bardziej, bo już sam rozdział ma dwadzieścia stron XD 
Pamiętajcie, że kocham, tęsknię i merry christmas!